Z pamiętnika włóczykijki

Wakacyjna ucieczka przed niedźwiedziem

2020 był taki dziwny, w połowie spędzony w zamknięciu, stagnacji i oczekiwaniu. Nic dziwnego, że kilka tygodni po odmrożeniu i powrocie do Polski po 3-miesięcznym lockdownie, los postanowił nadrobić całą nudę i postawić na mojej drodze….niedźwiedzia. Były emocje, nerwy, ucieczka i nowe, przypadkowe znajomości – czyli przygoda w pełnej krasie.

Jak nie spotkałam niedźwiedzia w Kanadzie

Spotkać niedźwiedzia nie jest tak łatwo i domyślam się, że większość z Was nigdy nie stanęła z nim oko w oko. Ja też nie – do ostatniego wtorku. Siedem lat temu mieszkałam kilka miesięcy w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie i spędzałam wiele weekendów w górach Whistler Blackcomb, gdzie spotkanie z niedźwiedziem należy do “Top 10 things to do in West Canada”. Wypatrywałam ich z wyciągu narciarskiego, jeździłam na wycieczki, na których przy odrobinie szczęścia można było zobaczyć, jak polują na łososie w potoku – nic. Ani jednego niedźwiedzia, ani kawałka ucha czy pyska wystającego z zarośli. W to samo miejsce przyjechał kilka miesięcy później mój ojciec i dowiedział się od jakiegoś lokalsa o sekretnej miejscówce do podglądania niedźwiedzi na obrzeżu miasteczka. Poszedł tam i proszę bardzo – niedźwiedzie pasły się na polu golfowym. To podobno jedno z ich ulubionych miejsc do spędzania czasu, nie tam jakieś lasy na zboczach gór czy dzikie potoki. Niestety, mi przez 4 miesiące nie było dane ich zobaczyć.

Tu można zobaczyć, jak niedźwiedzica z małymi wkracza na pole golfowe: https://bc.ctvnews.ca/video?clipId=1431377

Jak spotkałam niedźwiedzia w Tatrach

Niedźwiedzi w Tatrach żyje tak mało, że wydawać by się mogło, że natknąć się na jednego to jak wygrać samochód w paczce laysów – niby komuś się to udało, ale nikt go nie zna i w sumie nie wiadomo. Według strony Carpathian Bear, jeszcze 10 lat temu, gdy badacze próbowali policzyć niedźwiedzie na całym obszarze polskich Karpat, doliczono się 55 osobników w Bieszczadach i 20 w Tatrach (z tego większość uznano za zwierzęta migrujące, od Polski po Rumunię). Wydaje się więc, że prawdopodobieństwo spotkania jednego z rzadkich i przemieszczających się misiów jest małe, a jeśli już, to wydarzy się poza szlakiem, jakimś poszukiwaczom przygód, którzy chcieli skrócić sobie drogę przez las i zarośla. Raczej nie na ścieżce między dwoma schroniskami, gdzie dziennie przewalają się setki turystów.

A jednak.

Przy każdym wejściu do Tatrzańskiego Parku Narodowego i w schroniskach PTTK pełno jest ostrzeżeń przed niebezpieczeństwami, które mogą czyhać na nas w górach – pioruny, trudne szlaki, osuwające się skały, COVID-19 i właśnie niedźwiedzie. Zalecenia co do postępowania w przypadku spotkania drapieżnika są proste – przede wszystkim, należy starać sie ich nie spotkać. Niedźwiedzie unikają ludzi, lubią chować się w niskich zaroślach, słuchem i węchem wytropią człowieka i będą starały się uniknąć konfrontacji. Trzeba więc trzymać się szlaku, nie zbaczać w krzaki i nie chodzić po górach po zmroku, bo wtedy prawdopodobieństwo ich spotkania jest największe. Wędrówka żółtym szlakiem, od Polany Chochołowskiej do schroniska na Hali Ornak (do którego na szarlotę wpadają spacerowicze z Doliny Kościeliskiej) nie wydawała się szczególnie ryzykowna.

Instrukcje Parku wyraźnie mówią też, co robić, gdy jednak dojdzie do spotkania: Nie panikować. Nie prowokować. Nie bawić się z młodymi. Nie dawać misiu ciasteczek. Nie rzucać się do ucieczki.

I oczywiście: dać niedźwiedziowi przestrzeń. Jeśli widzisz go na szlaku, którym idziesz, to przeczekać, aż sobie pójdzie (zauważywszy człowieka, niedźwiedź sam powinien się usunąć, w końcu się boi). Jeśli nie schodzi ze szlaku, to wycofać się, nawet zawrócić.

Niestety, zalecenia nie uwzględniły sytuacji, w której niedźwiedź okazuje duże zainteresowanie pięcioosobową grupą na środku szlaku.

Dziewczynka w żółtym płaszczyku (i jej dziwni rodzice)

Wędrówkę we wtorek 7 lipca rozpoczęliśmy ze schroniska na Polanie Chochołowskiej. Dość ciężkie plecaki (śpiwory i warianty ciuchowe na wszystkie możliwe pogody), nogi nie zdążyły się jeszcze ani rozkręcić, ani zmęczyć (dopiero drugi dzień tatrzańskiej wyprawy), pogoda po deszczu, zapasy bio-ciasteczek jeszcze nienapoczęte. No i sucha szynka w plecaku u Romana, z tych droższych w Lidlu. Ale ponoć szczelnie zapakowana.

W planach mieliśmy ponad 20 km, z przystankiem w schronisku Ornak, od którego dzielił nas mniej więcej 2-godzinny marsz przez Przełęcz Iwaniacką. Podejście na przełęcz było trochę wypacające i na skalistych stopniach spotkaliśmy rozwrzeszczaną, trzyosobową rodzinę: na przedzie ojciec krzyczący na żonę, żeby szła, zamiast robić zdjęcia, w środku (na oko 7-letnia) dziewczynka w żółtej kurtce, płacząca, że nie ma siły, na końcu matka na zmianę robiąca zdjęcia i wrzeszcząca na córkę, żeby się pospieszyła. Minęliśmy ich i gdy zatrzymywaliśmy się na krótkie przerwy, słychać było z oddali krzyki, wstawajże, nie mam siły, już blisko, do cholery.

Na polanie na Przełęczy Iwaniackiej usiedliśmy sobie na kłodzie i wyciągnęliśmy ciasteczka. Po kilku minutach usłyszeliśmy znajomy wrzask i z zarośli wyszedł ojciec, za nim słaniająca się dziewczynka i matka. Za chwilę napstrykali sobie zdjęć, a mała usiadła odpocząć na kamieniu, co wywołało kolejny ryk ojca: tu brudno!! Matka wskazała na naszą kłodę i powiedziała: idź tam do państwa, a my pomachaliśmy paczką ciasteczek. Dziewczynka usiadła i już po chwili wsuwała słodycze od państwa nieznajomych. Ten zastrzyk glukozy mógł się jej potem przydać.

Rodzina zaczęła schodzić pierwsza, my odczekaliśmy jeszcze chwilę, żeby ich zgubić. Schodząc wolno po śliskich stopniach, napotkaliśmy wielką, zieloną kupę praktycznie na środku ścieżki. Czy to mogł być niedźwiedź? zapytałam, W Tatrach nie ma niedźwiedzi ocenił Roman. Pokonując kolejne zakręty, coraz wyraźniej słyszeliśmy donośny głos naszego pater familias i owszem – dogoniliśmy go za którymś zakrętem. Dziewczynka musiała nas wcześniej wyglądać, bo jej matka na nasz widok powiedziała i masz swoją panią od ciasteczek. Pogadałam chwilę z mamą – okazało się, że spaliśmy w tym samym schronisku, a dzień wcześniej przyjechaliśmy tym samym pociągiem z Warszawy. Za kilka minut miała też połączyć nas przygoda.

Ostrzejsze zejście się skończyło, szliśmy teraz po nachylonej ścieżce, przez mostek, a potem po kamieniach w płytkim brodzie. Za rzeczką był mały pagórek, a potem szersza dróżka, dookoła zarośla. Z oddali było już widać dachy drewnianych chatek (tych, które są tu i ówdzie w niższych rejonach i nie wiadomo właściwie, czemu służą). Zatrzymaliśmy się na chwilę przed zakrętem, w miejscu gdzie ścieżka zwężała się pomiędzy zaroślami. Rodzina była gdzieś za nami, słyszeliśmy ich głosy. Napiliśmy się wody i ruszyliśmy w zakręt – ja pierwsza, Roman sprawdzał coś jeszcze na mapie. Po chwili zatrzymałam się, bo z krzaków, kilkanaście metrów przede mną, wystawał łeb. Brązowy, okrągły.

Niedźwiedź.

Moja pierwsza myśl była taka, że to krowa. Nic dziwnego, w końcu jesteśmy w górach 🙂 Szliśmy jednak wcześniej na tyle długo, że wydawało mi się, że do schroniska mamy jakieś 5 minut, a przecież mogą być tam zwierzęta które z pastwiska zeszły na szlak. Tak naprawdę to na tą myśl miałam pewnie z pół sekundy, a mój mózg posilił się faktem, że kiedyś w Karkonoszach spotkaliśmy na szlaku kobietę, która “zgubiła cztery krowy” (a potem tą samą kobietę z krowami, które znalazła). Nie był mój mózg gotowy na niedźwiedzia.

Na górskim szlaku można spotkać krowy, ale że niedźwiedzie?

A jednak krowy nie mają okrągłych pysków i są wyższe. Schroniskowe psy (jeśli takie są) nie są tak masywne. Mózg jednak zrozumiał i zawróciłam szybko za zakręt, gdzie powiedziałam do Romana: Bear.

Bear? zapytał Roman i z typową ufnością dla mojej oceny sytuacji niebezpiecznych, wyjrzał za zakręt w zaroślach.

Ok, bear. I idzie tu.

! Uwaga. Cała dalsza relacja jest uwarunkowana lekkim stresem posttraumatycznym. Zdarzenia były wielokrotnie rekonstruowane post factum, a co do ich ostatecznej wersji osiągnęliśmy następujący kompromis:

Gdy tylko zorientowałam się, że to niedźwiedź, od razu zawróciliśmy (ludzie piszący instrukcje w Tatrzańskim Parku byliby z nas dumni) i nie mieliśmy dokładnego planu, ale pewnie odeszlibyśmy na kilkadziesiąt metrów i odczekali parę minut, myśląc, że po prostu sobie pójdzie. Na tym odcinku ścieżki było sporo zakrętów, więc w kolejnych minutach spędzonych na stresującym cofaniu się, mogliśmy co jakiś czas się zza nich wychylać żeby zobaczyć, czy niedźwiedź ciągle za nami idzie. Roman wyjrzał zza ten pierwszy (po którym ja zobaczyłam misia w zaroślach) i powiedział, że tak, idzie tu. Więc spokojnie się cofamy.

Szliśmy szybkim krokiem, mając nadzieję, że niedźwiedź jednak nie będzie nami szczególnie zainteresowany i np. nie zacznie biec. Co chwilę sprawdzaliśmy, czy nie wyłania się zza zakrętu i nie ma nas w zasięgu swojego wzroku. Cała ta sytuacja (i emocje, które nam przy niej towarzyszyły) była bardzo dziwna – szliśmy w wielkim napięciu, z nadzieją, że niedźwiedź odpuści i nie zacznie zaraz biec. Było dobrze, gdy nie widzieliśmy go na odcinkach prostej drogi (to znaczyło, że za nami nie biegnie), ale niepewność (gdzie jest? czy zawrócił, albo zszedł ze szlaku, czy ciągle człapie za nami?) była bardzo stresująca. Po chwili spotkaliśmy rodzinkę i przekazaliśmy breaking news. Dziewczynka zrobiła wielkie oczy. Mama, trochę z przestrachem, trochę z niedowierzaniem zapytała “naprawdę?” i na więcej nie miała czasu, bo niedźwiedź właśnie wyłonił się zza zakrętu. Był może dwadzieścia metrów od nas.

Odwróciliśmy się na wszystkich dziesięciu piętach i ruszyliśmy, w miarę spokojnym chyba krokiem, w przeciwną stronę. Wymienialiśmy szybkie komentarze i pomysły – co robimy? wracamy do poprzedniego schroniska? dzwonimy do PTTK Ornak? przecież tam nie odbierają telefonów. czy ktoś ma zasięg? Nie. To młody niedźwiedź, gdzieś musi być jego mama. Nie biegniemy, nie można uciekać.

Nie było się gdzie schować. Droga była wąska; zarośla i młode drzewa nie zachęcały do skrycia się (zwłaszcza, że to ponoć ulubione miejscówki niedźwiedzi, a w pobliżu mogła czaić się matka). Niedźwiedź na szczęście utrzymywał tempo podobne do naszego; bardziej niż w pościg, bawił się w podchody.

Ja szłam pierwsza, za mną Roman, a potem rodzina. W pewnym momencie usłyszałam przeraźliwy wrzask – Mama! Chodź!, odwróciłam się i zobaczyłam, że matka robi zdjęcia. Dziecko płakało histerycznie, ojciec powtarzał szybko, idziemy (nikt nie zwracał na niego uwagi) a matka wciąż szukała najlepszego kadru (efekty jej starań na dole). Ja przyspieszyłam, Roman, rozdarty chyba między instynktem samozachowawczym a jakimś poczuciem odpowiedzialności za nierozgarniętą rodzinę, mówił coś jeszcze do ojca, ale po chwili skapitulował i ruszył za mną.

W kolejnych sekundach przeszłam małą górkę i wpadłam na dwie dziewczyny, rzuciłam słowo klucz, one odwróciły się na pięcie i zaczęły biec. Roman był za mną, ale znowu zwolnił i krzyczał coś do rodziny, która musiała zostać już daleko za nami. Mając go kilka metrów z tyłu i doganiając dwie dziewczyny przede mną, przeszłam kolejną górkę i przebiegłam przez bród rzeczki. Tu można było przyspieszyć, bo za górką niedźwiedź nie mógł już nas widzieć. Odwróciłam się; Roman stał na wzniesieniu i powiedział, że nie rozumie, co robi ta rodzina, ale ciągle stoi w tym samym miejscu. Po chwili usłyszałam przeraźliwy krzyk dziewczynki, a Roman zbiegł w moją stronę, dogoniliśmy dwie dziewczyny przed nami i szliśmy dalej, raz szybkim marszem, raz podbiegając.

Tak, wstyd się przyznać, ale kierował mną tylko instynkt samozachowawczy, poczucia solidarności starczyło mi tylko na to, żeby spoglądać w tył, czy idzie za mną Roman. Krzyk dziewczynki był rozpaczliwy, ale żadna część mnie nie była skłonna do zawrócenia. Gdy potem omawialiśmy tę sytuację, Roman czuł podobnie, usprawiedliwiał sie w myślach tym, że dziecko jest przecież z dwójką rodziców.

Szliśmy szybkim marszem we czwórkę, pokonując kolejne zakręty i co jakiś czas któreś z nas odwracało się, informując resztę, że tak, niedźwiedź ciągle idzie za nami. Musiał chyba przyspieszyć, bo mimo tego, że momentami podbiegaliśmy, to cały czas znajdował się w podobnej odległości. Przeszliśmy rzekę kolejny raz, tym razem przez mostek, doszliśmy do kolejnego zakrętu i odwracając się przed nim, zobaczyliśmy, że niedźwiedź też przechodzi przez most.

Ok, time to run, powiedział Roman, i za zakrętem podbiegliśmy parę metrów, dopóki któreś z nas zreflektowało się, że przecież nie można przed niedźwiedziem uciekać (racja, racja) i wróciliśmy do nerwowego marszu. Ścieżka zaczynała piąć się stromiej w górę i nagle zobaczyliśmy w oddali grupkę osób. Wtedy podbiegliśmy już do nich całkiem szybko, kierując się chyba intuicyjnym założeniem, że powiększająca się grupa osób w końcu niedźwiedzia zniechęci.

Gdy dobiegliśmy (ciągle we czwórkę) zdyszani do, jak się okazało, trzech kobiet, zaczęliśmy wyrzucać z siebie bełkotliwe zdania o półkilometrowej ucieczce, wyjątkowo zainteresowanym nami młodym niedźwiedziu i zgubionej po drodze rodzinie z dzieckiem. Patrzyły na nas trochę z niedowierzaniem, a trochę jak na wariatów, ale musiały nam uwierzyć, bo po chwili stwierdziły, że w takim razie lepiej odpuszczą sobie obiad w schronisku Ornak i wrócą skąd przyszły, czyli do Doliny Chochołowskiej, gdzie i tak mają nocleg. Nie byliśmy tym szczególnie zachwyceni, bo podświadomie chcieliśmy, żeby dołączyły do nas i wtedy mocna, siedmioosobowa grupa być może przepłoszyłaby niedźwiedzia. Cały czas patrzyliśmy w stronę ostatniego zakrętu i chociaż wydawało nam się, że widzimy jakiś ruch, to niedźwiedź na szczęście się zza niego nie wyłaniał.

W międzyczasie poznaliśmy się lepiej z dziewczynami (jedna z nich miała na imię Sandra), pogdybaliśmy na temat losów pozostawionej na szlaku rodziny i zadzwoniliśmy na numer alarmowy, gdzie dyżurny obiecał przekazać sprawę do TOPR-u. Staliśmy przez cały czas w tym samym miejscu, a ponieważ niedźwiedź się nie pojawiał, powoli zaczęliśmy rozważać dalsze kroki. Zarówno my, jak i Sandra i jej koleżanka mieliśmy w planach dojśćie do schroniska przy Hali Ornak i dalszy spacer Doliną Kościeliską i gdy śmiertelne zagrożenie minęło, chcieliśmy do tego planu powrócić. Najgorsza była jednak ta niepewność – podobnie jak wcześniej, gdy maszerowaliśmy przed siebie, nie wiedząc, czy niedźwiedź ciągle za nami idzie, czy już zrezygnował. Czułam się trochę jak w którymś z tych młodzieżowych thrillerów typu “Krzyk” czy “Koszmar minionego lata”, w których morderca goni bohaterkę z nożem, ta wyskakuje przez okno albo wybiega na podwórko i nagle zapada bardzo niekomfortowa cisza i pustka. Jak ją gonił, to przynajmiej wiadomo było, gdzie jest, a tak – nie można mieć pewności, czy nie wyskoczy zaraz zza rogu, przyprawiając wszystkich o zawał.

Trochę nieswojo czuliśmy się też, myśląc o pozostawionej na szlaku rodzinie. Niby mogli po prostu ruszyć za nami (zamiast robić zdjęcia), niby oprócz krzyku dziewczynki, nikt nie wołał o pomoc, ale jednak fakt, że popędziliśmy przed siebie nie troszcząc się o to, co się z nimi stało był nieco przygnębiający. Na szczęście, dalsze losy wrzeszczącego ojca, matki-paparazzi i ich dziecka wkrótce miały się wyjaśnić.

Happy End

Więc co zrobiliśmy? Po prostu zebraliśmy się na odwagę i ruszyliśmy w stronę Hali Ornak. Niedźwiedź nie pokazywał się przez dobry kwadrans, więc założyliśmy, że jeśli choć trochę zachowuje się jak dzikie zwierzę, to jednak zrezygnował i nie czai się w zaroślach by rzucić się na moje ciasteczka i szynkę w plecaku Romana (próbując wytłumaczyć wyjątkowe zainteresowanie niedźwiedzia grupą ludzi, których miał się przecież bać!, jedynym logicznym argumentem wydał nam się zapach jedzenia, choć i to nie miało większego sensu, bo byliśmy jednak daleko). Po chwili usłyszeliśmy nadchodzącą z tyłu grupkę ludzi, zwolniliśmy, żeby na nich poczekać (tak, wszyscy instynktownie chcieliśmy, żeby było nas jak najwięcej) i maszerowaliśmy już w całkiem pokaźnym gronie. Niedźwiedzia nie było, ani na pierwszym zakręcie, ani przy mostku, ani przy płytkim brodzie rzeki. Po drodze spotkaliśmy grupę ludzi idących ze schroniska, zatrzymaliśmy się, żeby z nimi porozmawiać – wiedzieli o niedźwiedziu, bo nasza zagubiona rodzina dotarła tam dobre pół godziny wcześniej i narobiła chyba szumu. Gdy doszliśmy do miejsca, w którym widzieliśmy ich ostatni raz, wszyscy byliśmy zdziwieni, jak daleko zawróciliśmy – było to co najmniej pół kilometra.

Do schroniska doszliśmy jakiś kwadrans później, mijając po drodze grupy turystów i mszę polową, która śpiewała i modliła się głośno niecałe 5 minut drogi od miejsca, gdzie pierwszy raz zobaczyliśmy niedźwiedzia. Wszystko wydało nam się bardzo dziwne – dlaczego dzikie zwierzę, które podobno boi się ludzi, chodziło po uczęszczanym szlaku, nie przestraszyło się grupy ludzi, ba, podążało w jej stronę przez dobrych kilkanaście minut, a to wszystko niedaleko schroniska i w bliskiej odległości od zawodzących wiernych na polanie? Później przeczytaliśmy, że niedźwiedzie w Tatrach (w przeciwieństwie do tych zamieszkujących Bieszczady) ulegają synantropizacji, czyli wytracają swoje pierwotne instynkty i przystosowują się do życia w środowisku przekształconym przez człowieka. Może to skutkować zarówno ich uzależnianiem się od ludzi (np. pozostawianych przez nich w górach resztek jedzenia), jak i utratą naturalnego strachu, który kazał trzymać się im z dala od człowieka. Innym wyjaśnieniem nietypowego zachowania naszego misia (Roman, który w momencie gdy zostawiliśmy w tyle rodzinę, widział go z dużo bliższej odległości, niż ja, twierdził, że niedźwiedź wydawał się być nami bardzo zainteresowany, nawiązywal kontakt wzrokowy i szedł wyraźnie w naszym kierunku) może być jego wiek i pora roku – jak przeczytaliśmy potem na jednej z niedźwiedziowych stron, w okresie letnim young adults odłączają się od swoich matek i eksplorują teren, poszukując partnera. W przeciwieństwie do bardzo młodych niedźwiedzi, albo do matek chroniących potomstwo, takie nastolatki mogą wykazywać większe zainteresowanie również ludźmi.

Wreszcie, wydaje się, że okolica Iwaniackiej Przełęczy i Hali Ornak to popularna niedźwiedzia lokalizacja. Nowopoznana Sandra opowiadała nam, że dwa lata wcześniej, jej znajomy schodząc tym samym szlakiem też spotkał niedźwiedzia. W internecie znalazłam forum, na którym inny turysta opisywał, jak zimą wchodził na Przełęcz od strony Hali Ornak i maszerował niemal po świeżych, niedźwiedzich śladach. Jak już doszliśmy do Hali to dowiedzieliśmy się, że tydzień wcześniej niedźwiedzica z młodym przechadzała się po polanie przed schroniskiem. Prawdopodobnie te nieliczne tatrzańskie zwierzęta mają akurat w pobliżu swój matecznik.

A co stało się z naszą rodzinką?

Pogoda zrobiła się piękna i przed schroniskem siedziało mnóstwo ludzi. Gdy zbliżaliśmy się do stołów przed wejściem, zobaczyliśmy biegnącą w naszą stronę żółtą kurteczkę. Dziewczynka musiała na nas czekać. Machała do nas i była wyraźnie zadowolona, że państwo od ciasteczek nie zostali jednak pożarci przez niedźwiedzia. Ciągle wyglądała na przestraszoną całą sytuacją, ale powoli zaczynało chyba docierać do niej, że ma w zanadrzu opowieść, którą rozwali system po powrocie do szkoły.

Dziewczynka powiedziała, że po prostu stanęli z boku drogi i niedźwiedź przeszedł koło nich. Zastanawiam się, czy niedźwiedź wykazał nimi jakieolwiek zainteresowanie, czy po prostu minął i poszedł dalej. No i cóż…poprosiliśmy, żeby zaprowadziła nas do swojej mamy (która siedziała zupełnie gdzieś indziej, mała musiała wyczekiwać na nas samotnie), żeby poprosić ją o przesłanie nam pamiątkowego zdjęcia niedźwiedzia. Byliśmy pewni, że udało jej się zrobić parę dobrych ujęć.

Nie byliśmy pewni, czy się zgodzi – w końcu ryzykowała dla niego życie swoje i rodziny, podczas gdy my uciekaliśmy w najlepsze. Ale wysłała nam zdjęcie, dzieląc się również ciekawą informacją, że niedźwiedź minął ich obojętnie, a potem przyspieszył i zaczął lekko biec w naszą stronę. Być może właśnie w tym momencie dziewczynka wydała z siebie ten histeryczny krzyk, który słyszałam przy rzeczce i być może dlatego, wypatrywała nas przy wejściu do schroniska, z nadzieją, że nie zostaliśmy jednak zjedzeni.

Nie wiemy, jaki jest morał tej historii i jak należało się zachować, gdy niedźwiedź na nasz widok wyszedł z zarośli i szedł w naszą stronę przez kilkaset metrów. Instrukcje postępowania w przypadku spotkania niedwiedzia najczęściej zakładają, że zwierzę odejdzie samo i skupiają się na poradach w stylu “nie karm”, a od rzucania mu ciastek byliśmy bardzo dalecy. Strategia rodziny, która po prostu stanęła i robiła zdjęcia okazała się skuteczna w tym przypadku (nic się nie stało, zaoszczędzili czas i siły, które my zużyliśmy na ucieczkę, mają dobre foty); ale nie dałabym głowy, że w przypadku tak zainteresowanego ludźmi zwierzęcia, to najlepsza metoda. Ale pomysły na to, co można zrobić w takiej sytuacji zostawiam już innym – statystycznie mała szansa, że mi znowu przytrafi się taka przygoda 🙂

komentarze 4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.