Myślodsiewnia,  Życie w Madrycie

Nieprzepracowany faszyzm – “Strup. Hiszpania rozdrapuje rany”

“Strup. Hiszpania rozdrapuje rany” Katarzyny Kobylarczyk otrzymał tegoroczną nagrodę im. Kapuścińskiego za najlepszy reportaż literacki. Czytałam „Strupa” tuż po jego premierze jesienią 2019, zachęcona rozmową Michała Nogasia z autorką tutaj.  Teraz wróciłam do książki z ołówkiem w łapie, żeby zobaczyć, czy to, jak ją zapamiętałam nie zostało zniekształcone przez późniejsze lektury i rozmowy. Przechodząc ponownie przez opowieści o poszukiwanich ciał bliskich i ekshumacjach, o wojennym terrorze i późniejszych represjach, a także o wieloletnich sporach na temat dziedzictwa wojny domowej, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to książka którą powinien przeczytać każdy. Nawet ci, którzy nie interesują się historią Hiszpanii – duża szansa, że po lekturze „Strupa” zaczną – ale którym nieobce są tematy pamięci historycznej i problemy odradzających się radykalizmów. Z lektury wyłania się ponury obraz kraju który nigdy nie rozliczył się do końca ze swoją faszystowską przeszłością i do dziś pielęgnuje jej pomniki.

Historycznym wstępem,

dzieje hiszpańskiej wojny i późniejszej, prawie 40-letniej dyktatury, są fascynujące, a jeszcze bardziej ciekawi sposób w jaki przez lata były opowiadane. W 1936 w Hiszpanii miał miejsce zamach stanu, przeprowadzony przez generała Franco celem obalenia powołanego kilka miesięcy wcześniej rządu II Republiki. Franco ogłosił bunt przeciw Republice i zmobilizował innych niezadowolonych wojskowych, którzy zaatakowali kraj od północy i południa, szybko zajmując część prowincji, a w innych tocząc długie walki z opierającym się wojskiem, partyzantką i ludnością cywilną.

źródło: Wikipedia

Hiszpańską wojnę nie bez powodu nazywa się “preludium do II Wojny Światowej”. Armię Franco uzbrajał (na kredyt) Mussolini i III Rzesza. Świeżo utworzone Luftwaffe testowało na Guernice te same Heinkle i Junkersy które kilka lat później zrzucały bomby na Polskę i Europę Zachodnią.  Republikę wspierał Związek Radziecki (odpłatnie) i ochotnicze Międzynarodowe Brygady, do których zaciągali się ochotnicy z całego świata. Szacuje się, że w wojnie domowej zginęło ponad 200 000 żołnierzy i jest to liczba, co do której historycy osiągnęli jako-taki konsensus. Inaczej jest z ofiarami cywilnymi, które dzieli się na ofiary represji frankistowskich (istnieje też termin “terror biały” – ale w Hiszpanii się go nie używa) i ofiary “czerwonego terroru” republikańskiego. Badacze podają różne liczby – terror “czerwony” mógł pochłonąć od 38 tys. do 110 tys. osób, a nacjonalistyczny – od 150 tys. do nawet 400 tys., jeśli uwzględniać powojenne egzekucje więźniów. Po krótkie zestawienie możliwej liczby ofiar cywilnych odsyłam do wikipedii, bo różnice w liczbach szacowanych przez poszczególnych historyków zaskakują i każą się zastanawiać, jak wielki problem musiała mieć Hiszpania z liczeniem swoich ofiar.

Po zwycięstwie nacjonalistów w 1939 roku, Franco wprowadził dyktaturę i jako “Caudillo” – wódz – rządził krajem przez kolejne 36 lat, do swojej śmierci. Po jego śmierci Hiszpania przeszła błyskawiczną transformację do demokracji parlamentarnej – przeprowadzono pierwsze od czasów wojny wolne wybory, uchwalono konstytucję nad którą pracowały wszystkie opcje polityczne, ogłoszono powszechny pluralizm. Kilka lat później rządy objęła Partia Socjalistyczna, a hasłem przewodnim nowej Hiszpanii stał się kompromis.

Dwie Hiszpanie (w dwóch Polskach)

Narracje o hiszpańskiej wojnie z którymi zetknęłam się w Polsce kojarzą mi się ze zmęczoną nauczycielką, która wystawia pałę z zachowania uczniom którzy się pobili. Nie zada sobie trudu, żeby dowiedzieć się, kto zaczął i udaje, ze nie widzi, że jednemu leje się krew z nosa a drugi się śmieje, zamiast tego powtarza mantrę: “Wina zawsze leży po obu stronach” .

W liceum uczyli nas, że wojna hiszpańska była czymś w stylu próby generalnej przed II Wojną Światową. Hitler i Stalin urządzili sobie poligon doświadczalny, testowali sprzęt i strategie. Z lekcji wyniosłam mętne przekonanie, że chociaż oba terrory były siebie warte, to Franco przynajmniej bronił wartości chrześcijańskich. A że na hitlerowskich samolotach?  Cóż, nobody’s perfect, a w międzywojniu zamachy stanów i dyktatury były na porządku dziennym. Ze źródeł bardziej wyrafinowanych niż typowy podręcznik historii, np. z poświęconego hiszpańskiej wojnie fragmentu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku można dowiedzieć się już czegoś więcej, ale i tam rządzą uproszczenia: „faszyzm-komunizm”, „terror czerwony-terror biały”. W opisach wojny domowej najczęściej pojawia się też wątek “dwóch Hiszpanii”, kraju historycznie podzielonego. Jest więc Hiszpania chłopów, robotników i służby, protestujących przeciwko porządkowi wręcz feudalnemu, walczących, jak pisze Kobylarczyk “O to, (…) żeby właściciel ziemi (…) miał obowiązek ją obsiać, bo czasem latyfundyści zostawiali ziemię nieobsianą, by ukarać krąbrnych chłopów, by móc powiedzieć im: “Chcieliście ziemi? To jedzcie ziemię. Jedzcie Republikę!” Druga Hiszpania to kraj bogatych właścicieli ziemskich i zwolenników monarchii, silnie związanej z Kościołem Katolickim. Kraj był podzielony – stąd wojna domowa. Wizja obu stron była nie do przyjęcia dla drugiej.

“Młody Hiszpanie, który przychodzisz na świat, niech Bóg ma cię w swojej opiece
Jedna z dwóch Hiszpanii zmrozi ci serce” – wiersz Antonio Machado “Españolito” tłumaczeniu (podobno) Zuzanny Jakubowskiej. Źródło: ukradzione z internetu

Dziwi ta tendencja do rówoważenia racji obu stron, bo, po pierwsze, jakby pomija fakt, że bezpośrednią przyczyną wojny domowej nie były napięcia między Hiszpanią republikańską i “wielką, narodową” tylko zamach stanu, którego dokonał generał Franco na legalnie wybranym rządzie Republiki. Po drugie, nawet najostrożniejsze szacunki mówią o ponad trzykrotnie większej liczbie ofiar wśród republikanów. Mniej ostrożne – o nawet dziesięciokrotnie większej.

Domyślam się, ze w narracja historyczna produkowana na rynku polskim rządzi się swoimi prawami i pewne ofiary ważą więcej niż tysiące innych. Trudno znaleźć jakąś narrację o wojnie hiszpańskiej, w której nie pojawia się silnie zaakcentowany wątek mordowania księży i zakonnic przez “czerwonych”. Terror na osobach duchownych był faktem, Kobylarczyk też zresztą opisuje go dość szczegółowo, podając nawet konkretną liczbę zamordowanych – 6832 (swoją droga, ta jedyna dokładna liczba też mówi o tym, która strona i jaka grupa społeczna mogła zadbać o uczczenie pamięci “swoich” zmarłych). Liczba zamordowanych osób duchownych była jednak 20-krotnie (wg. szacunków “ostrożnych”), a być może nawet 60-krotnie mniejsza, niż ilość ludzi rozstrzelanych przez “Caudillo” w “imię Boga i Hiszpanii”. A, o ile w polskim nauczaniu historii nie zaszły od kilkunastu lat radykalne zmiany, prześladowanie osób duchownych to zapewne jedno z pierwszych skojarzeń Polaków z terrorem wojennym w Hiszpanii.

Drugim takim skojarzeniem może być Brygada im. Jarosława Dąbrowskiego, czyli ochotnicze bataliony walczące po stronie Republiki w ramach Międzynarodowych Brygad. Pamięć o “dąbrowszczakach” nie rozwijała się w Polsce tak, aby miało to pomóc narracji o hiszpańskich republikanach. II RP okrzyknęła ich zdrajcami, pozbawiła obywatelstwa i nie pozwoliła na powrót do kraju. Natomiast we wczesnych latach Polski Ludowej mit “dąbrowszczaków” był silny, a udział w wojnie hiszpańskiej był pożądanym elementem komunistycznego życiorysu (choć historia Witka w “Człowieku z marmuru” pokazuje, że nie do końca). Na największego bohatera kreowany był Świerczewski, jego “kulom się niekłanianie” i rzekome talenty strategiczne dzięki którym błyszczał potem w Armii Czerwonej. W ramach dekominizacji, znany z subtelności IPN po prostu określił ich działalność jako zgodną z duchem stalinizmu i służącą „zbrodniczej ideologii komunistycznej”. Oczywiście zaznaczył też, że wśrod “zdrajców” znalazłoby się też kilku “bohaterów”.

A po Wietnamie chodziliśmy na churros

A świat zachodni? W latach powojennych, chcąc nie chcąc, musiał zaakceptować Franco, mimo faszystowskiej symboliki i pamięci o niedawnych sojuszach z III Rzeszą (nie tylko tych z czasów wojny hiszpańskiej – Franco udzielał pomocy Hitlerowi w pierwszych latach wojny, choć oficjalnie Hiszpania była “neutralna”). Rządy nacjonalistów na obrzeżach Europy nie były może idealne, ale bezpieczne. Gwarantowały, że w jeszcze niedawno komunizującym społeczeństwie Hiszpańskim nie pojawią się radzieckie wpływy i pozwalały skupić się na zimnowojennych działaniach w innych strefach wpływu. Stany nie musiały utrzymywać armii na Półwyspie Iberyjskim tak, jak robiły to na Kubie – sojusznik Franco gwarantował, że “marksistwski wróg” nie zagrozi powojennej równowadze przynajmniej w tej części świata.

Pomimo początkowych oporów Harry’ego Trumana, który uważał Franco za zbrodniarza porównywalnego z Hitlerem i Mussolinim, już w latach 1950-tych Hiszpania otrzymała powojenne pożyczki, a w 1953 nawiązała oficjalny sojusz z USA. Madryt odwiedził Dwight Eisenhower, a potem, dwukrotnie – Richard Nixon. Podczas swojego ostatniego spotkania z dyktatorem, w 1970 r., Nixon wychwalał wzajemną współpracę obu krajów i wznosił toasty na cześć “Caudillo”:

And as we heard and saw those crowds (mówa o witających go tłumach na ulicach Madrytu), they were saying many things. Among them were these: First, General Franco, they were expressing their respect and their affection for you. (…)

(..), as I saw those crowds, I saw the past of Spain and the future of Spain, and it is truly a great future, because I saw a vigorous people–a proud people, a young people, a dynamic people–the people that have been responsible for Spain having the fastest growth rate of any country in Europe over these past to years; the people who will be responsible for Spain, in the last 30 years of this century, moving into a new period of economic progress and well-being for its people.

źródło: The American Presidency Project, https://www.presidency.ucsb.edu/documents/toasts-the-president-and-general-francisco-franco-spain-state-dinner-madrid

Gdy w 1970 r. Nixon wyrażał nadzieję, że “ci ludzie którzy będą odpowiedzialni za Hiszpanię przez kolejne 30 lat, poprowadzą ją go kolejnego sukcesu”, wojna była już odległym wspomnieniem. Jak pisze Kobylarczyk, zamknięto wtedy nawet ostatni obóz pracy dla więźniów republikańskich.

Nixon i Franco w Madrycie, rok 1970. Źródło: El Pais

O czym właściwie jest “Strup”?

Zaczynając od tego, o czym nie jest – z reportażu Kobylarczyk nie dowiemy się dużo o przyczynach wojny, jej dynamice czy wielkich bitwach. Autorka nie poświęca zbyt dużo uwagi znanym wojennym motywom, takim jak Międzynarodowe Brygady czy bombardowanie Guerniki.

“Strup” podzielić można na cztery cztery części z których każda dotyczy innego wymiaru wojny domowej. Pierwsza grupa opowieści to rodzinne historie o poszukiwaniu ciał bliskich którzy zginęli w czasie wojny z rąk nacjonalistów. To właśnie tytułowe “rozdrapywanie ran” – przerywanie milczenia, ekshumacje, czasem walka o zadośuczynienie od państwa. Druga część skupia się na latach powojennych, a jej osią jest budowa Doliny Poległych, pomnika zwycięzców, który przez 15 lat był wznoszony pracą więźniów polityczych. W trzeciej części autorka opisuje losy żołnierzy republikańskich którzy po wojnie trafili do nazistowskich obozów koncentracyjnych. Ostatnie rozdziały poświęcone są “drugiej stronie” – ofiarom terroru republikańskiego, w tym duchowieństwu.

Taki podział został odebrany przez niektórych czytelników (i recenzentów, np. jednego popularnego książkowego blogera) jako wyraz obiektywizmu autorki i równowagi, z jaką przytoczyła “racje obu stron”. Czytając opinie na temat “Strupa” (np. takie, że chociaż wydawało się, że autorka skupia się na argumentach “republikańskich”, to nie też zapomina o republikańskim terrorze) miałam wrażenie, że część osób przeleciała reportaż po łebkach, nie poświęcając wiele uwagi jego konstrukcji (a domyślam się, że przemyślanej) i zabiegom językowym, których używa autorka. Faktycznie, Kobylarczyk nie forsuje swojej opinii. Jej rola jako “reporterki obecnej” jest zaznaczona, ale ogranicza się głównie do zadawania trafnych pytań i przytaczania odpowiedzi na nie w odpowiednich miejscach, w sposób sugestywny (ale ciągle nienachalny). Oraz do zestawiania różnych informacji i wypowiedzi w taki sposób, żeby ich sprzeczności i absurdy wybrzmiały bez potrzeby komentarza.

Tylko pod krzyżem…, czyli łaskawe pojednanie

Na przykład – w rozdziale poświęconym Dolinie Poległych, gigantycznemu wojennemu mauzoleum, którego wzniesienie było obsesją Franco. Zbudowany rękami wieźniów (republikańskich żołnierzy, przedwojennych działaczy i innych “wrogów Hiszpanii” którzy uniknęli egzekucji) był symbolem zwycięstwa w “narodowej krucjacie” (tak “Caudillo” nazywał wojnę domową). Praca przy drążeniu skalnej krypty, budowie bazyliki i stawianiu największego na świecie krzyża nie była jednak karą, ale drogą do pojednania przez resocjalizację. Taką łaską, którą Hiszpania okazała swoim wrogom, pozwalając im nie tylko zmyć markistowskie grzechy przez pracę, ale też zarobić na swoje utrzymanie (a 5 % wypłaty nawet schować do kieszeni). Kobylarczyk przytacza tekst broszury ” W jaki sposób Hiszpania rozwiąże problem swoich więźniów”, autorstwa postępowego jezuity:

“Bardzo sprawiedliwe jest, aby więźniowie przyczynili się swoją pracą do naprawy szkód, których przysporzyli swoim udziałem w rebelii marksistowskiej” pisał duchowny , dodając, że jako “element ułomny uszkodzony, zatruty politycznie i moralnie”, republikanie muszą być izolowani od Hiszpanów normalnych.

Narodowo-katolicki charakter mauzoleum i towarzyszące jej powstawaniu narracje o “zwycięzkiej Krucjacie” i o pracy więźniów odkupujących swoje grzechy (a jednocześnie pozwalających kilku wielkim przedsiębiorcom rozwinąć skrzydła dzięki taniej sile roboczej), autorka zestawia z narracjami, które pojawiły się w latach 50-tych i przez niektórych są podzielane do dziś – takich, które przedstawiają Dolinę jako “najpiękniejszy na świecie pomnik pojednania”. Bo chociaż w założeniu miała być pomnikiem zwycięstwa nad wrogami Hiszpanii (budowanym rękami tychże wrogów) i miejscem pochówku prawicowych bohaterów, to w ostatniej chwili zdecydowano, że Dolina Poległych obejmie swoim krzyżem również poległych republikanów. W ramach narodowego pojednania, zgodnego z ówczesnym klimatem politycznym, a zwłaszcza tym zagranicznym, który udzielał kredytów i w 1955 zaprosił Hiszpanię do ONZ. Reżim frankistowski mógł zaprezentować się jako wcale nie taki najgorszy i wyciągający rękę do dawnych “wrogów”. Wystarczyło jedynie przeszukać studnie, pola i rowy, by wyciągnąć ich ciała, a przemieszanym, niezidentyfikowanym kościom urządzić katolicki pochówek. Często w tajemnicy przed rodzinami zabitych, albo przy ich sprzeciwie. Rzecz jasna, w Dolinie Poległych nie było aż tyle miejsca, by wszystkim zafundować płyty nagrobne, albo chociaż tablice z nazwiskiem, więc wiele kości wylądowało w podziemnych kryptach, gdzie do dziś wilgotnieją. Przywilej lepszej ekspozycji był zarezerwowany dla poległych w imię “Boga i Hiszpanii”, np. założyciela Falangi, Jose Antonio Primo de Rivera, którego grob stanął w centralnym miejscu bazyliki. A także dla samego generała Franco, który z honorami został pochowany w Dolinie Poległych 36 lat po wojnie. W tym samym, centralnym miejscu kościoła, w którym aż do października ubiegłego roku mogli salutować mu pielgrzymujacy do Doliny nacjonaliści.

Autorka mierzy się też z argumentami za traktowaniem “Narodowego Pomnika Świętego Krzyża w Dolinie Poległych“, (bo tak brzmi pełna nazwa mauzoleum) jako symbolu narodowego pojednania. Nie kłóci się z nimi za bardzo, raczej zadaje obrońcom Doliny pytania i pozwala odpowiedziom wybrzmieć tak, by czytelnik sam podążył za ich tokiem rozumowania.A ten niełatwo zrozumieć – bo dla zwolenników Doliny Poleglych w jej obecnym kształcie nie jest oczywiste, czemu rodziny zabitych “w imię Boga i Hiszpanii” cywilów nie chcą, by ich bliscy byli pochowani tam, gdzie ich oprawcy. Pod wielkim krzyżem, wznoszonym pracą przymusową więźniów; w miejscu, do którego od lat pielgrzymują nacjonaliści.

“Zabrano je i dano im najgodniejszy z pożliwych pochówków.(…)Czy mogło być w ogóle lepsze miejsce dla takich szczątków niż kościół?”-pyta jeden z rozmówców Kobylarczyk.

Który z walczących o socjalistyczną republikę nie chciałby tu spocząć?
źródło: Wikipedia

To, co naprawdę ważne

“Nie chodzi o to, kto był lepszy, kto gorszy, (…) kto częściej obcinał uszy, strzelał ciężarnym w brzuchy, wrzucał konających do studni. Nie chodzi nawet o to, by znaleźć winnego. Nie to jest w tym naprawdę ważne. Chodzi o to, by wśród zamordowanych odnaleźć męczennika.”

– tak opisuje swoją pracę jeden z rozmowców Kobylarczyk, ksiądz wyszukujący męczenników wśród zabitych duchownych.

W rozdziale poświęconym zabójstwom księży i zakonnic przez republikanów, autorka nie wpada w typową, usprawiedliwiającą frankistów narrację “oni zabijali tamtych, ale tamci zabijali księży”, ale też nie umniejsza skali terroru. Przytacza liczby (6832 zabitych duchownych vs. co najmniej 130 tysięcy – a być może dużo więcej – zamordowanych w imię “Boga i Hiszpanii”). Nie dzieli się opinią, czy to dużo, czy mało. Skupia się na czymś innym – na tym, ile uwagi, troski i zainteresowania otrzymali zamordowani duchowni, z których wielu potem nadano status męczenników. W przeciwieństwie do innych ofiar wojny, które kraj na wiele lat wymazał z pamięci.

Ilu socjalistów, komunistów, chłopów, robotników, kuzynów republikańskich żołnierzy i więźniów politycznych zostało zabitych przez reżim frankistowski? 130, 200, czy aż 400 tys.? Do końca nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo, gdzie jeszcze mogą leżeć ich kości. Nie ulega natomiast wątpliwości, że ofiar wśród duchowieństwa było 6832. Zostały dokładnie policzone, ich życiorysy przeanalizowane, a okoliczności śmierci – ostatnie słowa, świadkowie – drobiazgowo odtworzone. Oczywiście po to, by wyłonić spośród nich męczenników za wiarę.

“Strup” zestawia – choć nie bezpośrednio – opisy szczegółowej dokumentacji ostatnich chwil życia księży i zakonnic z opowieściami o zabitych w “krucjacie” republikanach – wywożonych na obrzeża miast, rozstrzeliwanych, wrzucanych do studni lub pospiesznie grzebanych na polach. W pierwszej części reportażu wybrzemiewaja historie rodzin, które jeszcze do lat 70-tych bezskutecznie domagały się od państwa potwierdzenia śmierci swoich bliskich i wskazania, gdzie mogą leżeć ich ciała. W części ostatniej – relacje z pracy kościelnych urzędników, którzy tuż po wojnie stawali na głowie, by odnaleźć świadków śmierci zakonnic i potwierdzić, że na pewno zginęły męczeńsko.

Obiektywizm w ukazywaniu racji obu stron? Czytając “Strupa”, byłam raczej pełna podziwu dla autorki, że ukazała te kontrasty tak wyraźnie, jednocześnie unikając mentorskiego tonu i dając czytelnikom przestrzeń do interpretacji. Kto chce, dostrzeże w “Strupie” opowieść o bratobójczej walce, w której ucierpiały obie strony, może jedna bardziej, ale obie mają swoje racje. Ja w reportażu Kobylarczyk nie wyczuwam takiego obiektywizmu. Widzę natomiast szczegółową rekonstrukcję tego, jak zwycięzcy wojny domowej używali przez lata wszystkich możliwych środków, by zbudować jednostronną narrację i zapieczętować ją na lata, jako jedyną słuszną. Analizę frankizmu jako “zbrodni doskonałej”, która swoje ofiary usunęła, lub odpowiednio “przerobiła” (chociażby przez pochówek w Dolinie – jako zamykający usta argument o pojednaniu) własnych bohaterów wyniosła na ołtarze, a symbole wykuła w skale. Nie do ruszenia.

Dzisiaj

Kiedy w listopadzie 2019 r. „Strup” trafił do księgarni, w Hiszpanii miała akurat miejsce zapowiadana od ponad 10 lat ekshumacja Franco z Doliny Poległych.  Zwłoki „Caudillo” zostały przeniesione na cmentarz pod Madrytem. Dla wielu Hiszpanów (m.in. rodzin, których bliscy zostali pochowani w bazylice bez ich zgody) było to zwieńczenie wieloletniej walki o usunięcie faszystowskiego wodza z państwowego mauzoleum. Obietnice ekshumacji składali kolejni politycy, przeciwko niej protestowały ugrupowania prawicowe i ich sympatycy a także potomkowie „Caudillo”. Do Doliny Poległych pielgrzymowały grupy nacjonalistów, z Hiszpanii i reszty świata. Większość z nich obruszyłoby się za porównywanie ich poglądów do faszystowskich. Po prostu wyrażają swoje poglądy narodowo-chrześcijańskie, i tylko niektórzy z nich akcentują je (niezakazanym przez hiszpańskie prawo) rzymskim salutem.

At Franco's tomb, protesters rally against moving his body
Protestujący przeciwko usunięciu zwłok Franco z Doliny Poległych
źródło: thelocal.es

Demonstracje z użyciem symboliki frankistowskiej (flagi, hailowania, hymnu Falangi) nie są częste, ale zdarzają się. Rocznicowe – tak jak ta dwa tygodnie temu w Segowii, 60 km od Madrytu, podczas której złożono kwiaty pod pomnikiem Onésimo Redondo, jednego z czołowych falangistów (pomnik miał być usunięty, ale władze miasta jeszcze się za to nie zabrały). Zeszłoroczne, związane z ekshumacją Franco, na ulicach Madrytu i w Dolinie Poległych. A także związane z bieżącymi wydarzeniami w kraju, np. protestujące przeciwko niepodległościowym zakusom Katalonii. Nie chcę ich linkować, ale łatwo je znaleźć na youtubie.

Poza tym, w Hiszpanii jest ciągle ponad 500 (stan na kwiecień 2020) ulic lub placów które ciągle noszą imiona faszystowskich generałów, w tym Franco. To akurat się zmienia – w 2017 roku było ich ponad dwa razy więcej. Zmiany w nazewnictwie miejskim (za które odpowiada pewnie obecny socjalistyczny rząd) nie zawsze spotykają się z zadowoleniem mieszkańców, zwłaszcza w regionach tradycyjnie głosujących na prawicę. Jednym z argumentów przeciwników zmian jest “ale przecież to jest historia! w takim razie, mamy wymazać z historii każdego okrutnego króla?”

Co ciekawe, argument o “zastałej historii” której rewizja jest równoznaczna z brakiem szacunku dla dziedzictwa znika, gdy mowa jest o podjęciu dyskusji nad ofiarami frankistów – wtedy jest to “rozdrapywanie świeżych ran”. Czyli doświadczenia pokolenia ich dziadków i pradziadków mogą należeć zarówno do historycznego porządku kultury i dziedzictwa, jak i być tematem zbyt świeżym i bolesnym, bo go poruszać.

Z przeprowadzonych przez autorkę rozmów i obszernego researchu wyłania się wiele takich sprzeczności. Kobylarczyk podsumowuje je końcowymi statystykami – jaki jest dziś stosunek Hiszpanów do wojny? Co myślą o sposobie, w jaki zostały potraktowane jej ofiary? Czy należy dziś o tym rozmawiać? Jak można się domyśleć – zdania są podzielone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.