Myślodsiewnia

Kiedyś się tyle nie myślało, czyli świadome rodzicielstwo (i inne fanaberie)

Niedawno temu, przy tłuczeniu buraków na mielone, podzieliłam się z mamą obawami co do dzieci. Rodzenia, nie wychowywania, bo chciałabym mieć dzieci. Ale wydawanie na świat istoty obarczonej własnym (i mojego chłopaka) wybuchowym ładunkiem genetycznym, i to na świat coraz bardziej niepewny, za to już pełen niechcianych i cierpiących stworzeniami, wcale nie wydaje mi się oczywiste. Krótko mówiąc, gdy myślę o przyszłości, głos rozsądku podpowiada adopcję.

Moja mama skwitowała: kiedyś się o takich rzeczach nie rozmyślało. Człowiek po prostu miał dziecko i specjalnie tego nie rozstrząsał. A jak jedno, to wiadomo, że i drugie, żeby tamto nie siedziało samo.

No tak.

Muszę zaznaczyć, że moja mama nie ciągnie mnie w niedzielę do kościoła, nie wmusza we mnie pierogów, nie narzeka, że żyję na kocią łapę i nigdy nie zapytała, kiedy doczeka się wnuków. Wręcz przeciwnie. Ma znajomych niewiele starszych ode mnie, sama żyje bardzo nowocześnie, jest rozwiedziona, miała ciężkie dzieciństwo i przemocowe małżeństwo oraz jego owoc – własną dysfunkcyjną rodzinę.  Ona wcale nie myśli w sztywnych, tradycyjnych kategoriach, ona po prostu czasami je automatycznie powtarza.  

I po co tak kombinować

Może nie powinnam się czepiać, bo moja mama nie mówi serio, a jedyny filtr przez jaki przechodzą jej słowa to licentia poetica.

Ale czepiam się. Jej i wszystkich matek, babek i ciotek, które powtarzają dziewczynom z mojego pokolenia, że „kiedyś to się po prostu miało dzieci”, „kiedyś to się pobierało, a nie „chodziło ze sobą” nie wiadomo, ile lat”, „ja w twoim wieku miałam już trójkę”, „kiedyś się nad takimi rzeczami nie zastanawiano”. Jeszcze jeden cytat z mojej mamy – „kiedyś się tak nie wybierało chłopaków, jak się dwie osoby złapały, to już się trzymały”.

Nie dziwię się, że kiedyś się nie zastanawiano, bo kiedyś również lało się dzieci skórzanym pasem i rozprawiało o tym przy stole. Zmuszało się dwudziestolatków do zamążpójścia słowami „jest w ciąży – to trudno, musicie się pobrać”. Nauczycielki biły uczniów linijką po łapach. Kobieta mogła być bita i zdradzana na prawo i lewo, ale na rozwód nigdy by się nie odważyła. I wiele, wiele innych rzeczy, które dziś są nie do pomyślenia.

Więc nie dziwię się jakoś strasznie, że moja mama i jej równolatki były dziećmi swoich czasów i nie rozstrząsaly dzisiejszych dylematów.

Ale dziwię się, że do kurki nioski, nie rozstrząsają ich dzisiaj. Że nie robią rachunków sumienia, nie uczą się na własnych błędach i co gorsza, promują taką niefrasobliwość wśród swoich dzieci.

Było, minęło… po co drążyć temat?

Matki-żony mężczyzn z problemem alkoholowym. Matki-żony mężów tendencjami przemocowymi. Matki dzieci zaniedbanych i źle traktowanych. Matki, ktore w pewnym momencie życia stwierdziły, że macierzyństwo “to nie to” i podrzuciły dzieci babciom, pełnoetatowym nianiom i zajęły się ciekawszymi od pieluch i śliniaków stronami życia. Żony mężów zdradzajacych i partnerki tych wiecznie nieobecnych.

Czemu gloryfikujecie macierzyństwo i życie rodzinne, chociaż Wasze niewiele miało wspólnego z opiewanymi przez Was wartościami i sielskimi obrazkami?

Czemu robicie dzieciom wodę z mózgu, zakłamując rzeczywistość i przekonując, że czarne może było czarne, ale teraz właściwie zrobiło się bielsze?

Domyślam się, że spojrzenie prawdzie w oczy i przyznanie, że spędziło się połowę życia ulegając przemocy, godząc się na upokorzenia, albo ze świadomością koszmarnej pomyłki, ale jednak nie podjęło się żadnych kroków w celu poprawienia sytuacji (swojej i dzieci) musi być bardzo trudne. Łatwiej zapewne uznać, że może i działo się źle, ale przynajmniej poświęcenie było po coś, bo

a) chociaż było ciężko, to teraz rodzina jest w kupie i można razem spędzać święta

b) miło się patrzy na odchowane i dorosłe dzieci (zwłaszcza, jeśli nie są kupką nerwów i jakoś sobie radzą)

a jeśli powyższe nie do końca jest prawdą, to po prostu:

c) bo na tym polega życie

Bo nie czułam się spełniona

Często zastanawiałam się, czemu nieszczęsliwe rodziny się powiększają. Dlaczego, skoro małżeństwo już leży i kwiczy, skoro pierworodne zdążyło nasłuchać się awantur, bijatyk, czy po prostu nabawić się stresu przez niepewną atmosferę w domu, to na świecie pojawia się jego rodzeństwo? I nie chodzi mi o rodziny, które żyją wg. motta every sperm is sacred, czy w których (z różnych przyczyn) nie ma żadnej kontroli rozrodczości. Chodzi mi o planowanie kolejnych dzieci w rodzinach, które wg. standardów społecznych są funkcjonalne, ale od środka rozsadzają je awantury, fizyczna i psychiczna przemoc, brak miłości. Od mojej mamy dostałam kilka odpowiedzi na te pytania:

  • bo strasznie chciałam mieć więcej dzieci
  • bo dziecko nie mogło być samo
  • bo przynajmniej masz teraz rodzeństwo
  • bo mimo dwójki, ciągle nie czułam się spełniona
  • bo dzieci, to jedyne, co zostaje po tych związkach
  • bo wspaniale patrzeć jak dzieci rosną
  • bo wtedy nie było jeszcze tak źle
  • bo miałam nadzieję, że będzie inaczej

I nie, naprawdę nie mam pretensji do mojej mamy, że urodziła mnie i moich braci. Kocham ich, chociaż jak to bywa z rodzeństwem z nieszczęśliwych rodzin, nasze relacje są mocno poturbowane i czasami przeraża mnie, jak bardzo powielamy schematy kłótni naszych rodziców. I chociaż bardzo trudno jest myśleć w kategoriach “czemu ktoś zdecydował się na dzieci?”, bo brzmi to jak podważanie sensu czyjegoś istnienia, albo prawa do macierzyństwa, to może warto zadawać sobie to pytanie. Ja zadaję je sobie bardzo często i bynajmniej nie dochodzę przy tym do wniosku, że moje istnienie jest pomyłką. Nie uważam też, że moi rodzice nie powinni byli w ogóle mieć dzieci.

Natomiast śmiało mogę powiedzieć, że w tym połączeniu, w tej dynamice ich relacji, przy tak licznych zainteresowaniach skierowanych “na zewnątrz” rodziny a tak małym naprawą i uporządkowaniem tego, co już się stworzyło, przy tak wielkim oporze przed spojrzeniem w lustro i powiedzeniem sobie “helou, stosuję przemoc, muszę szukać pomocy”, z tą dziką mieszanką włąsnych problemów emocjonalnych, burzliwej relacji i skupieniu na sobie, nie powinni mieć razem dzieci.

A mimo że ta mieszanka ujawniła się (podobno) tuż po moim przyjściu na świat, to mam jeszcze dwóch braci – młodszych ode mnie o 3 i 17 lat.

Motywacje, jakie przyświecały mojej mamie, przy decyzji o kolejnych dzieciach:

Średni brat:

  • pierwsze dziecko (ja) nie mogło być samo (bo moja mama miala samotne dzieciństwo)
  • jak miało się jedno dziecko, to potem miało się też drugie i nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał

Najmłodszy brat:

  • strasznie chciałam mieć trójkę dzieci
  • dopiero wtedy poczułam się spełniona
  • myśleliśmy z ojcem że to się jakoś ułoży

Nie ułożyło się. Mój najmłodszy brat spędził dzieciństwo w domu nienawidzących się ludzi, wśród wizyt policji, latających przedmiotów, patrzył jak tata bije mamę i nazywa ją głupią cipą, a mama rzuca tacie w głowę kubkiem, wyzywając go od skurwysynów. 15 lat wcześniej takie same sceny obserwowaliśmy ja z moim “średnim” bratem. Dlaczego? Czy pragnienie spełnienia, lub posiadania określonej ilości dzieci usprawiedliwia sprowadzanie na świat dziecka, któremu funduje się traumatyczne dzieciństwo?

Zgodnie z myślą, że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego, uważam, że nie, nie usprawiedliwia. Prawa do spełnienia się w roli rodzica, do zaspokojenia biologicznego instynktu (jeśli faktycznie takowy istnieje), do przyjęcia roli, która daje słodkie uczucie społecznej akceptacji (wiadomo – kobieta bezdzietna to kobieta niepełna itp.) kończą się tam, gdzie zaczynają naruszać prawo każdego człowieka do życia bez strachu i bez przemocy.

Kiedyś się tyle o tym nie myślało, nie rozstrząsało, nie zastanawiało, więc warto zacząć rozstrząsać teraz. Na wszystkie sposoby. Zastanawiać się, czy na pewno chęć posiadania dzieci jest prawdziwa, czy może stworzona przez presję rodziców, teściów, dziadków, znajomych? Czy poczucie życiowego niespełnienia minie wraz z pojawieniem się potomstwa? I nawet, jeśli jesteśmy pewni, że tak – to czy traktowanie dziecka jako środek do satysfakcji z własnego życia jest dobrym fundamentem rodzicielstwa? Czy w życiu kierujemy się zasadą podmiotowego traktowania drugiego człowieka? Jeśli tak, to czy decydowanie się na dziecko, bo tak strasznie chcemy, chociaż nie wiemy, czy zapewnimy mu dobre warunki emocjonalne i spokojne dzieciństwo, nie jest naruszeniem tej zasady?

Można inaczej

Od razu napiszę, że z punktu widzenia mojego, czyli dziewczyny przed 30-stką, wychowanej w turbo dysfunkcyjnej rodzinie z hulającą przemocą psychiczną i licznymi przypadkami fizycznej, wszystkie sentencje o konieczności posiadania dzieci, spełnieniu i uszczęśliwieniu swojego nieszczęśliwego “ja” poprzez rodzicielstwo oraz wszystkie oklepane złote myśli zaczynające się od “bo tak trzeba”, “bo inni”, należy załadować do torby z wielkim, świecącym napisem “Niebezpieczny Bullshit” a następnie zakopać na cmentarzysku konserwatywnych kocopałów.

Tam również jest miejsce dla mądrości typu “dziecko musi wychowywać się w rodzinie”, “najlepsza jest rodzina biologiczna”, “dziecko musi mieć ojca”, czy porad w rodzaju “nie możecie się rozwieść, bo macie dzieci”. (O argumentach w stylu “normalna rodzina to matka i ojciec”, “dzieci wychowane w rodzinach homoseksualnych/przez samodzielnych rodziców są mniej szczęśliwe” nie wspomnę, bo wymyślają je ludzie, którzy nie znają życia i statystyk.)

Jak już pozbędziemy się z życia powyższych szkodliwych bzdetów, to możemy na spokojnie zastanowic się, czy bycie rodzicem jest dla nas. Czy chcemy mieć te dzieci. Czy lubimy dzieci. Czy jesteśmy gotowi na wzięcie odpowiedzialności za wychowanie i ukształtowanie świata małej, bezbronnej osoby. Czy pracujemy nad swoimi problemami i wadami bo jesteśmy świadomi tego, że przez parę ładnych lat będziemy dla dziecka największym autorytetem, centrum świata i źródłem wiedzy o tym, co dobre i złe. I zastanawiając się nad tym wszystkim warto co jakiś czas sprawdzać, czy do naszego toku myślenia nie wdzierają się wspomniane szkodliwe farmazony. Bardzo trudno się z nimi rozprawić, bo zapuściły potężne korzenie. Ale można.

Jak?

Mając w pogotowiu kuszę i strzelając z niej do wszystkich pierdolotów w stylu “ja w twoim wieku już miałam dwojkę”, “dzieci to podpora na stare lata”, “sie nie kombinowało, tylko się rodziło”, “kobieta musi mieć dziecko”, “dziecko musi mieć ojca”. Te mądrości przysypywać grubą warstwą piachu, cmentarzysko przestarzałych kocopołów regularnie odwiedzać i patrzeć, czy nie zmartwychwstają.

Kombinować, myśleć, rozstrząsać, komplikować sobie życie. Przemyślane planowanie rodziny (lub jej braku) praktykować i polecać innym.

Jeden komentarz

  • Aleksandra Załęska

    Wiesz myślę, że to jak patrzymy na wychowanie dzieci, na rodzenie ich zależy w dużej mierze od rodziny, w której się wychowaliśmy. Moje dzieciństwo nie było różowe, może bez przemocy jak u Ciebie, ale też zostawiło na mnie swój ślad. Ale ja chciałam mieć dziecko, chciałam założyć rodzinę i spróbować zrobić wszystko, by dzieciństwo mojego syna było udane i lepsze niż moje. Owszem nie znosze tekstów typu: “pora na drugie dziecko, dziecko chowane samo wyrośnie na egoistę, w twoim wieku miałam trójkę” – ale nauczyłam się nimi nie przejmować. Najważniejsze to zrobić wszystko, by ta mała istotka była szczęśliwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.