Photo by Brian Yurasits on Unsplash
Korportunizm

“W trosce o środowisko, nasza firma…”, czyli zielona hipokryzja

Kilka miesięcy temu pracowniczka działu PR dużej firmy produkującej cukierki i lizaki zaprezentowała na Linkedinie działania podjęte przez jej pracodawcę w związku ze zmianami klimatycznymi. Otóż firma ta postanowiła w wstawić do swojego biura w Warszawie dyspozytor wody pitnej, by zastąpić butelkowaną mineralną. Nie będzie jednorazowych kubeczków, zamiast nich można używać szklanek z kuchni. W ten sposób firma zachęca pracowników do budowania zdrowych nawyków.

Pod postem wybuchła awantura. Pracowniczkę wraz z całą firmą wyśmiano i oskarżono o bieda greenwashing – nie dość że jakiekolwiek eko akcje w warszawskim biurze nijak mają się do głównego filaru działalności firmy, czyli produkcji lizaków na plastikowych patyczkach i w foliowych owijkach, to jeszcze chwalenie się dystrybutorem wody jest równie na czasie jak informowanie że w tej firmie stanowiska managerskie zajmują również kobiety.

Od razu pojawiły się kontratgumenty: “człowiek się stara, a Polacy jak zawsze – narzekają….”, “trzeba doceniać małe gesty”, “na Zachodzie by pochwalili, cieszyli sie, a u nas – narzekanie” i tym podobne. Czyli – biedna firma i jej dział PR, tak bardzo się starali, a internauci obrzucają ich błotem. A przecież mogli nie robić nic i dalej lać Fantę do plastikowych kubków!

Śladem (węglowym) innowacji

Firma, w której pracuję, doradza klientom z całego globu w zakresie rozwiązań technologicznych, usprawniających pracę i przenoszących większośc praktyk biznesowych do systemów informatycznych – czyli e-zamówienia, e-faktury, spotkania online. Ma to potencjał ekologiczny – w końcu dzięki konferencjom na Skype eliminuje się podroże z biura do biura i służbowe spotkania na które trzeba dotrzeć samolotem i taksówką. Realizacja procesów zakupowych i płatniczych online pozwala oszczędzić tony papieru. Moja firma zarabia pieniądze pomagając innym firmom zmniejszyć ślad ekologiczny – choć jest to raczej efekt uboczny, bo głównym celem jest oszczędzanie czasu i pieniędzy. Teoretycznie, wszystko pieknie.

Problem w tym, że firma ma zwyczaj pracować ze swoimi klientami face-to-face, w ich własnych biurach (najczęściej zagranicznych). Wdrażanie tych systemów, swoją drogą naprawdę sensownych z eko punktu widzenia, trwa przez kilka miesięcy, podczas których pracownicy regularnie podróżują samolotami i taksówkami do biur klientów. W wielu przypadkach, co tydzień. Jeden pracownik odbywa więc w ciągu czterech dni dwie podróze samolotem i conajmniej cztery taksówkami. Choć trzeba przyznać, że obecnie firma namawia do przesiadania się na komunikację miejską, to jeszcze rok temu zaleceniem było przemieszczanie się wszędzie taryfami, by “klienta nie przyzwyczajać do zbytniego oszczędzania na konsultantach”.

W ostatnich miesiącach regularnie dostaję od firmy komunikaty promująe ich działania na rzecz środowiska i przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Na przykład – zaproszenia na seminaria o eko-oszczędnych rozwiązaniach dla firm, i jak je klientom sprzedawać. To bardzo sprytne, bo za jednym zamachem wprowadza się na rynek nowe produkty oraz komunikuje światu, klientom, mediom i pracownikom, że firma idzie z duchem czasu i promuje eko rozwiązania.

Gramy w zielone

Ekodyskurs opanował też wewnętrzne szkolenia. Miesiąc temu brałam udział w warsztatach Design Thinking, czyli kreatywnego projektowania rozwiązań biznesowych. Podczas trzydniowej sesji ćwiczyliśmy stosowanie różnych technik – burz mózgów, iteracji, badania rynku, prototypowania – a roboczym tematem, do którego aplikowaliśmy te metody było “Jak sprawić, by Warszawa stała się miastem zero-waste do 2025 roku”. Toczyły się ożywione dysusje, padało wiele innowacyjnych pomysłów. Codziennie wykonywaliśmy ok. 15 ćwiczeń, podczas których każde z 30-osobowej grupy uczestniczek i uczestników zapisywało swoje idee na samoprzylepnych karteczkach – jedna karteczka, jeden pomysł (dla przejrzystości). Po każdym dniu warsztatów sala była zasypana kolorowymi post-its i papierami do flipchartu.

Trochę żartowaliśmy, że idea “zero waste” tonie w morzu kolorowych karteczek, ale nikt specjalnie się tym nie przejął. Bo i przecież nie o to tutaj chodzi. Zwracać uwagę na takie szczegóły, zamiast patrzeć z szerszej perspektywy, byłoby zwykłym czepialstwem.

A szersza perspektywa jest taka, że w sali zebrała się trzydziestka konsultantów, pracujących w firmie, która ma realny wpływ na procesy zachodzące w wielu sektorach gospodarki. Ci ludzie robili tu burze mózgów, przerzucali się innowacyjnymi pomysłami, proponowali rozwiązania, które mogły być skutecznym rozwiązaniem wielu klimatycznych problemów. Gdyby kiedykolwiek zostały wdrożone.

Niestety, warsztaty były tylko ćwiczeniem, treningiem metodologii. Zaprojektowane przez nas rozwiązania nie przysłużą się samorządom, nie zostaną wdrożone przez żadne kraje, nie będą nawet wykorzytane przez firmę, bo ona się tym po prostu nie zajmuje. Warsztaty Design Thinking muszą mieć jakiś temat-rdzeń, na którym można ćwiczyć metodologie, a “zero waste” to temat dobry, modny i szeroki, można go pięknie rozbić na dziesiątki kolorowych karteczek i teoretyzować do woli. Jednocześnie, można dawać uczestnikom wrażenie, że tematy ekologiczne kogoś w firmie obchodzą, rozmawia się o nich, ba – projektuje się w oparciu o nie innowacyjne rozwiązania. Wizerunkowe zadanie wykonane – prawie zerowym kosztem. Karteczki z pomysłami lądują w koszu, pracownicy wracają do swoich “prawdziwych” projektów.

Priorytety

Zapytałam ostatnio szefową, jakie działania podejmie firma aby zmniejszyć swój ślad węglowy. W odpowiedzi usłyszałam, że pracownicy mają ograniczyć zużycie papieru w biurze i starać się porzucić taksówki na rzecz komunikacji miejskiej. Na pytanie, czy firma planuje zmodyfikować swój model pracy z klientem, oparty na cotygodniowych wizytach w skandynawskich, niemieckich, francuskich, czy włoskich biurach – wzruszenie ramion. Oczywiście, pracownicy latają naprawdę dużo, jednak zapewnienie fizycznej obecności konsultanta w biurze klienta to główna wartość firmy. Z tego nie da się ot tak zrezygnować.

Jak się okazało – da się. Już pod koniec lutego, gdy koronawirus rozprzestrzeniał się w północnych Włoszech i zaczęły pojawiać się pierwsze przypadki w Niemczech i Francji, firma wystosowała zarządzenie o odwołaniu wszystkich podróży, oprócz tych “niezbędnych” i nie planowaniu kolejnych, do odwołania. Za “niezbędne” uważa się wizyty u klienta w kluczowych fazach projektu, gdy konieczny jest wzmożony nadzór nad wykonywanymi przez zespół czynnościami.

Definicja jest na tyle szeroka, że otwiera wiele pytań, np., skoro wiele projektów polega na wdrażaniu rozwiązań informatycznych, to w jakich przypadkach fizyczna obecność w biurze klienta faktycznie oferuje coś więcej, niż wsparcie online? Warto dodać, że firma dysponuje nowoczesnymi i narzędziami do wirtualnego zarządania pracą zespołu i komunikacji, w tym prowadzenia szkoleń i warsztatów za pomocą wielofunkcyjnych aplikacji. Naprawdę trudno wyznaczyć granicę między delegacją niezbedną, a dającą się zastąpić wirtualnymi środkami.

Kryterium “niezbędności” już zupełnie łatwo podważyć, gdy podróż dotyczy lokalizacji wysokiego ryzyka, np. Włoch. Stawka jest tak duża (strach przed przywiezieniem wirusa jest nie tylko obawą o zdrowie pracowników, ale też – może głównie – o rozsianie go w lokalnym biurze i o zagrożenie dla reputacji firmy). Przy tak dużej stawce, to, co wcześniej było niezbędne, staje się zupełnie opcjonalne, a wręcz odradzane.

Koronawirus skutecznie zatrzymał tysiące codziennych podróży i choć, co prawda, oprócz przypadków odwołania lotów, nie wpłynął znacząco na ograniczenie śladu węglowego produkowanego przez samoloty (nad Europą latają puste samoloty – link do artykułu z Business Insider ), to pokazał, że zdecydowanie można inaczej. Gdyby polityczni i biznesowi decydenci podchodzili do problemów długoterminowych z taką samą zapobiegliwością, jak do namacalnej epidemii, okazałoby się, że gospodarka jednak potrafi być elastyczna.

W dzisiejszej sytuacji firmy gimnastykują się, żeby wprowadzić telepracę – te, które nie wyposażaja pracowników w laptopy, starają się umożliwić im pracę na prywatnych urządzeniach, urządza się “dni próbne home office”, żeby przygotować się na scenariusze przymusowego zamknięcia. Placówki edukacyjne przechodzą na e-learning, aktywności kulturalne i religijne na internetowe platformy. W obliczu konieczności okazuje się, że wiele firm posiada zasoby, które umożliwiają radykalną zmianę sposobu funkcjonowania. Uruchamia się kreatywność i poszukuje innowacji, zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucji.

Wielkie firmy, w wielu przypadkach będące również wielkimi trucicielami, na innowacjach znają się jak mało kto. Mają ogromne budżety na rozwój i profesjonalne zaplecze badawcze. W następnych tygodniach będą zmuszone do opracowania (bądź ulepszenia) swoich modeli pracy zdalnej; część z nich będzie też sprzedawać szyte na miarę rozwiązania kryzysowe swoim klientom. Wobec zagrożenia pandemicznego, zaleceń i nakazów rządowych, a także przymusu zapewnienia bezpieczeństwa pod groźbą przerwania ciągłości biznesowej i utraty reputacji, firmy zaprezentują nam prawdziwe i działające strategie, nie mające nic wspólnego z fasadowym PR-em. Nikt nie będzie organizował imprez i konferencji, oferując gościom chusteczki antybakteryjne; nie będzie zebrań zespołów w maseczkach, ani przechwałek w social media, że wszyscy pracownicy myją ręce co pół godziny, żeby walczyć z pandemią. Większość ludzi pójdzie do domu, docenimy pracodawców, którzy nam na to pozwolą, a szefom, którzy wymagają siedzenia w biurze (zwłaszcza gdy w firmie są środki do pracy zdalnej) prędzej czy później każemy spadać. Albo dosięgną ich odgórne rozporządzenia i będą musieli je przełknąć.

Gdy większość jest bierna i nieświadoma zagrożęnia, można przechwalać się fasadowymi działaniami o minimalnym znaczeniu. Bo przecież inni nie robią nic! a my proszę – małymi kroczkami, ale idziemy ku lepszemu. Co prawda, zmiana nie dotyczy kluczowych aspektów naszego wpływu na środowisko, za to wygląda sympatycznie i ładnie się promuje. Dostarcza broni przeciwko krytykom. Za pseudo-eko fasadą można schować duże grzeszki i powtarzać: “staramy się…ale to nie jest możliwe”, “musimy wypracować kompromis”.

Dopóki sufit nie spadnie nam na głowę i nie okaże się, że wyższa konieczność działa lepiej niż powolne dochodzenie do kompromisu.

Jeden komentarz

  • Though provoking text

    Czytam wstecz, bo tekst napisany 3 miesiace temu, ale temat nie stracil na waznosci. W sumie, czytajac z opoznieniem mamy te przewage, ze doswiadczylismy 3 miesiace lockdown’u i widzimy co sie dzieje z nasza “nadzieja na zmiane” funkcjonowania systemu, ktory jest nie tylko “niedoskonaly”, ale juz zagraza naszej egzystencji, ktorej kres mozna oszacowac na kilkadziesiat lat.
    Jestem z tych, ktorzy wychowani w romantyzmie przetwania patrza na swoje rece i widza, ze skaleczenia sie goja, a wlosy po scieciu rosna dalej, jako widzilny znak, ze zostalismy “zaprojektowani” do przetwania w imie “nature always finds a way”. Ale tym razem ciezko zachowac optymizm i polemizowac z obliczeniami naukowymi. Lodowce topnieja, temperatura rosnie i nie mozna tego nie zauwazyc. Jakkolwiek zwykle popieram kazde starania do lepszej zmiany (tu obnazone i ukazane jako cyniczne rozgrzeszenie z wiekszych przestepst przeciwko ludzkosci) i wierze, ze jeden wspanialy umysl moze zinnowacjonowac nasze podejscie do sprawy i znalezc rozwiazanie (“bo kto szuka, ten znajduje”), tak tym razem musimy dzialac wspolnie. Lockdown byl nasza szansa! Nie zdarza sie czesto, ze swiat wstrzymuje obroty i pozwala motorowi odpoczac…to byla nasza szansa, nie tylko na zmiane kursu, ale tez zepsutego srodku tramnsportu. Jednak panstwa na nowo uruchamiaja ten przegrzany motor i nie zapowiada sie, ze pociagniemy na nim daleko…Dzieki za “though provoking” tekst.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.