Kura domowa,  Życie w Madrycie

Don Antonio i Hacienda*

  1. *Hacienda: (hiszp.) Urząd Skarbowy
  2. *Hacienda (hiszp. z telenoweli argentyńskich) Duża posiadłość, należąca najczęściej do brodatego byczka o dużym ego i imionach Pedro, Pablo, a czasem Antonio

Kupując mieszkanie w Hiszpanii, warto wcześniej sprawdzić kilka formalności.

Na przykład, upewnić się, że lokal ze śladami wieloletniego gotowania, prania i mazania po ścianach nie zostanie zaklasyfikowany przez notariusza jako nieruchomość z rynku pierwotnego ( a co za tym idzie – obłożony odpowiednio wyższym podatkiem).

Nie zaszkodzi również sprawdzić, czy ćwierćwieczny okres wynajmu odbywał się według klasycznych, nudnych reguł (właściciel wynajmuje mieszkanie najemcy na podstawie umowy), czy raczej zgodnie z lokalną specyfiką (obrażony były wspólnik właściciela okupuje mieszkanie i nielegalnie wynajmuje osobom trzecim). Jak się okazuje, nic nie jest niemożliwe, a “niezgodne z prawem” nie znaczy, że kogokolwiek to obchodzi.

Podatek

Na 3 dni przed podpisaniem umowy zakupu dwupokojowego mieszania w budynku z ’92 roku, mieszkania wyposażonego w kilkuletnią pralkę, lodówkę, stół z krzesłami, łóżko, szafę i meblościankę ze sklejki, wyklejonym wzorkiem Frozen na szybie oraz plakatem z Kubusiem Puchatkiem, dowiedzieliśmy się, że mamy szczęście być jego pierwszymi lokatorami. Z przywilejem zakupu na rynku pierwotnym wiążą się także wyższe koszta, więc podatek od zakupu poszybował nagle z 6 do 10%.

Wiedziałem, że coś pójdzie nie tak – westchnął Roman, po czym zniknął na dwa dni w internecie.

Depresyjne portale dla ludzi, którzy w jeden wieczór próbują wchłonąć semestr prawa dostarczyły nam dwóch informacji, które potwierdzały nasze prawa do niepłacenia dodatkowych kilku tysięcy, prawa, jak się po tym okazało, nie do końca egzekwowalne.

  • Po pierwsze, lokal kupowany bezpośrednio od firmy, która go zbudowała, jest faktycznie obłożony podatkiem 10%, czyli VAT-em, podczas gdy 6% stosuje się do transakcji między dwoma podmiotami prywatnymi. Więc tu nasza własna dupa – chociaż Roman sprawdził księgi rejestracyjne mieszkania pod kątem nie bycia obłożonym żadnymi hipotekami, długami i innymi smrodami, i wiedzieliśmy, że lokal sprzedaje “mała rodzinna firma” z Alicante (co potwierdził nam agent nieruchomości), to nie sprawdziliśmy już, że ta firma jest jest małym, rodzinnym deweloperem.
  • Po drugie, w informacjach o prawach konsumenckich znaleźliśmy liczne wzmianki o obowiązku strony sprzedającej do przekazania wyczerpujących i adekwatnych informacji o przedmiocie zakupu. W razie niedopełnienia tegoż, mamy możliwość wystosować skargę najpierw do Urzędu Ochrony Praw Konsumenta na poziomie prowincji, potem kraju, a potem kto wie? nawet unijnym. Uznaliśmy to za fakt wart zapamiętania, bo nie dość, że na wszystkich etapach oglądania mieszkania dostawaliśmy komunikaty o “poprzednich lokatorach” (w sumie zbędne, gdy potykaliśmy się o ich meble) to na umowie wstępnej z agencją jak byk widniała kwota podatku 6%.
  • Po trzecie i w sumie najważniejsze – nawet jeśli jest się pierwszym nabywcą mieszkania, to z podatku VAT można być zwolnionym, jeśli lokal był wcześniej zamieszkany przez min. 2 lata. To była informacja typu Bingo! bo dobrze korespondowała z pokaźnym umeblowaniem i dekoracjami. Informację o zamieszkiwaniu lokalu przez najemców trzeba dostarczyć do odpowiednich urzędów, które podatek uchylą i nałożą akceptowalne dla nas 6%.

Dzień podpisania umowy nieubłaganie się zbliżał. My byliśmy nakręceni na zakup tego mieszkania, bo ze złodziejskim podatkiem, czy bez, była to najlepsza cena za metr, i to metr przyjemny, dobrze zlokalizowany, jasny i bez mrocznych korytarzy rodem z filmów Saury. Tak więc chociaż rozsądek kogoś innego podpowiadałby pewnie wycofanie się z inwestycji na której już początku pojawia się kwas, to młodzieńcza naiwnośc wygrała i postanowiliśmy przełknąć zabójczy podatek. Tym bardziej, że w obliczu licznych przesłanek o jego niesłuszności, wierzyliśmy, że uda nam się część pieniędzy odzyskać, na spokojnie, z perspektywy własnej kanapy.

Po stresującym weekendzie, przyszła pora na waleczne tygodnie. Klawiatury i telefony ruszyły do boju o prawa konsumenckie i lepszą przyszłość prekariatu.

Agencja

Jako pierwsza wyłgała się agencja nieruchomości. Jej funkcja polegała na opublikowaniu ogłoszenia, oprowadzaniu zainteresowanych, podpisaniu wstępnego oświadczenia o intencji zakupu niniejszego mieszkania, przedstawienia naszej oferty właścicielowi i pośredniczenie w negocjacjach cenowych. Negocjacje dotyczyły jednak ceny netto, bez dodatkowych opłat i podatków. Zakres obowiązków agencji różni się w zależności od konkretnej transakcji – czasami pośrednik jest jedynym kontaktem dla kupującego, a umowa nie pozwala na porozumiewanie się stron zakupu za jego plecami. W innych przypadkach, agencja nie ma wyłączności na organizację transakcji i kupujący może swobodnie dzwonić, spotykać się i negocjować cenę bezpośrednio z właścicielem. Może być również tak, że agencja nie ma monopolu na pośredniczenie przy danej nieruchomości i właściciel pokazuje ją i negocjuje niezależnie od działań agentów, ale potencjalny nabywca, jeśli już wpadnie w ich sidła, podpisuje na wstępie umówę o wyłączności i pod groźbą uniemożliwienia transakcji, nie może już później kontaktować się z właścicielem. My trafiliśmy na tą trzecią sytuację, czyli najpierw nawiązaliśmy “współpracę” z agencją, potem zobaczyliśmy, że właściciel niezależnie wystawia je na portalach nieruchomościowych, ale my już nie mamy prawa się z nim kontaktować. To było bolesne, bo koło nosa przeszła nam transakcja bez prowizji.

W każdym razie, to właśnie agencja byla stroną, która trzykrotnie oprowadzała nas po mieszczańsko urządzonych i udekorowanych wnętrzach z rynku pierwotnego, wspominając o “poprzednich lokatorach” i zachwalając pełne wyposażenie: lodówka, pralka, zepsuty bojler. To z agencją również podpisaliśmy pierwotną umowę intencyjną, na której jak byk prężyła się liczba 6. Agencja jednak uchyliła się od odpowiedzialności, argumentując, że jej rolą nie jest weryfikacja podatkowa, tylko dostarczanie informacji o przedmiocie zakupu. Na pytanie, o stosowane kryteria tych informacji, np. “liczby mające odzwierciedlenie w rzeczywistości”, dostaliśmy odpowiedź, że informacją jest to, co agencja wie, w przeciwieństwie do tego, czego nie wie.

Firma

W obliczu tej żelaznej logiki zwróciliśmy się z pretensjami do ogniwa, które podejrzewaliśmy o bycie w posiadaniu brakujących informacji, czyli podmiotu sprzedającego. Pani Laura i pan Louis Chicowie z Alicante, sympatyczna para w średnim wieku, która (jak się okazało równolegle z informacją o wyższym podatku) reprezentuje spółkę Lugacarma, budowniczego i zarządcę bloku, w którym znajduje się nasze mieszkanie, z przykroscią poinformowała nas, że niestety, również nie wiedziała. Otóż różnica między podatkiem VAT a podatkiem od normalnego zakupu nieruchomości, w ich mieście równa się 0, bo prawa w prowincjach są różne. Więc nie spodziewaliby się, że budując i sprzedając w Madrycie, gdzie podatki te są inne, mogli sprawić kłopot komuś, nie informując o tej różnicy. Natomiast wiedzą i mogą potwierdzić, że mieszkanie wybudowali oni, w 1992 r. i właśnie po raz pierwszy mają okazje je sprzedawać.

No właśnie, zagailiśmy, te sprzęty i regały, skąd one wzięły się w mieszkaniu deweloperskim. Ktoś mógłby przypuszczać, że mieszkanie, chociaż niesprzedane, było jednak prawnie użytkowane przez osoby trzecie przez te wszystkie lata, i taką informację chcielibyśmy na piśmie, bo skoro wynajmującym była firma, to na pewno wszystko odbywało się legalnie, z umową i rejestracją w podatkowej Haciendzie. My byśmy tylko chcieli uniknąć tego VATu na podstawie prawa o 2-letnim okresie wynajmu, a zmeblościanką i naklejkami Frozen już sobie jakoś poradzimy.

Otóż wcale nie, odpowiedziała firma, mogłoby się tak wydawać, ale w dokumentach firmy jasno stoi, że mieszkanie nie było przez ten czas użytkowane przez osoby trzecie. Niech nas nie zwiedzie Kubuś Puchatek, kosz na parasolki, ani cztery krzesła i stół, lokal nigdy nie był zamieszkany. Firma wybudowała go 27 lat temu, razem z resztą mieszkań w tym budynku, i przez ten czas po prostu ściskała jak cenny skarb, w oczekiwaniu na odpowiedniego kupca. Czasami ewentualnie wykorzystywała na własny użytek. I to właśnie dzięki tej strategii możemy skorzystać zarówno z podatku 10% , jak i z udogodnień związanych z drobiazgowym wyposażeniem mieszkania.

Na własny użytek, pytamy, tak, tak, na własny użytek, odpowiada pan Luis.

Czy nie słyszeliśmy, że tak właśnie zarabiają firmy deweloperskie – budując mieszkania i nie sprzedając ich, ani nie wynajmując? Różne są modele biznesowe, w tym przypadku spółka musiała postawić na nieoczywisty – mieszkanie stoi puste przez 27 lat, wykorzystywane na użytek osobisty współwłaścicieli, gdyby akurat przyjechali z Alicante do Madrytu, a nigdy nie wiadomo – jakaś kolacja ze znajomymi, teatr, spotkanie biznesowe, a w takim mieszkaniu można się przespać (materac jest), zrobic obiad, wyprać koszulę, dzieciaki mogą sobie coś ponaklejać na szyby, i tak przez lata, przy cierpliwym wypatrywaniu właściwego nabywcy.

Tak sobie właśnie wyobrażałam opowieść o tym, jak deweloper stawia budynek i trzyma w nim puste mieszkanie przez ćwierć wieku. A że zysk, return of investment jakiś? No, nie samym pieniądzem deweloper przecież żyje.

Ale Roman na to, że przecież to oczywiste – mieszkanie było ocupado.

Okupas

Okupowanie mieszkań w Hiszpanii to znane zjawisko, postrach inwestorów i obcjokrajowców utrzymujących letnie apartamenty na wschodnim wybrzeżu czy w Andaluzji. Budynek który jest aktualnie niezamieszkany może być zajęty przez osoby trzecie, nieuprawnione do jego użytkowania i jego opuszczenie może być trudne do wyegzekwowania. W Polsce nazwalibyśmy to squattingiem i kojarzy się to najczęściej ze starymi, zapuszczonymi kamienicami. W Hiszpanii często zdarza się to w nowych, częściowo ukończonych, ale nieoddanych do użytku budynkach, a także w domach letniskowych, które stoją puste przez większość roku. Znane są również historie zakupu mieszkania “z lokatorami”, którzy nie planują się z niego wyprowadzić.

Jak to działa, a raczej nie działa, prawnie? W przypadku zgłoszenia zajęcia lokalu przez osoby nieuprawnione do tego, na miejsce przyjeżdża policja i podejmuje działania, których spodziewalibyśmy się podczas włamania. Problem w tym, że taka procedura może być zastosowana tylko w ciągu 48h od zajścia zdarzenia. Po upływie tego czasu, status zmienia się z włamania na nielegalne okupowanie i próby siłowej interwencji (np. wyważenia drzwi, czy wykręcenia zamków, nie mówiąc już o próbach usunięcia okupujących) są uznawane za naruszenie miru domowego i ścigane przez prawo. Tak więc właściciel, którego nie było przez miesiąc i nikt z sąsiadów nie zaraportował obecności nowych lokatorów, nie może wezwać ślusarza i po prostu wejść do mieszkania, a następnie wyprosić okupujących. Jest to niezgodne z prawem i wtedy oni wezwą policję, która rozłoży ręce. Albo zastosuje środki prawne wobec właściciela, jeśli ten próbował uciec się do przemocy.

Grupy okupujące mieszkania są często dobrze zorganizowane – mają prawników, którzy sympatyzują z ich sytuacją i zjawiają się, by bronić pro bono. Sami znają i cytują dekrety, broniące ich przed samozwańczą eksmisją ze strony właściciela.

Wszystko to brzmi bardzo źle.

Problem w tym, że bezrobocie w Hiszpanii sięga 25%, a wśród młodych doszło po kryzysie nawet do 50%. Chociaż w lepszej sytuacji są mieszkańcy metropolii takich, jak Madryt, czy Barcelona, to wysokie czynsze i koszty życia w tych miastach często zjadają minimalną pensję którą dostaną w gastronomii, czy sprzątaniu. A nawet o taką minimalną w ostatnich latach w bywało trudno.

Hiszpańścy okupas to nie tylko młodzi anarchiści, artyści, studenci kulturoznawstwa i hippisi, którzy z okna pozdrawiają kapitalizm środkowym palcem.

To również rodziny, których karmiciele z dnia na dzień stracili prace i legalnie wynajmowane mieszkanie. Czasem wielodzietne, czasem pochodzące z innych krajów, zagubione, z małymi dziećmi, czy starszymi osobami pod opieką.

Okupas to również grupy, które zajmują opustoszałe i niszczejące hangary, niedokończone budynki i walące się kamienice w cieszących się złą sławą dzielnicach, a potem ożywiają życie społeczne, inicjują aktywności kulturalne i rewitalizują okolicę. Projekty w świetle prawa nielegalne, a w praktyce korzystne dla sąsiedztwa.

Większość z tych wlaścicieli nie boryka się jednak z dylematami moralnymi, bo są od lokatorów swoich mieszkań oddzieleni murem pieniedzy, prawników i neoliberalnego dyskursu.

Jest jednak jeszcze inny wymiar tego problemu, w którym dylematy moralne raczej nie zachodzą. Do pustych mieszkań wchodzą osoby, które mają swoje (najcześciej ciepłe i wygodnie urządzone) mieszkania i zajmują je z pozycji dzikiego kapitalizmu. Czasem urządzają, robią zdjęcia, wrzucają na portale ogłoszeniowe po konkurencyjnych cenach, produkują umowy i podpisują je ze zdesperowanymi i skuszonymi niskimi cenami ludźmi, którzy nie mają pojęcia, że wynajmują je nielegalnie. Owszem, nie przelewają czynszu na konto, ale w dzisiejszych czasach o niczym to nie świadczy. Po kilku tygodniach lub miesiącach zjawiają się prawnicy prawowitych właścicieli. “Nielegalni lokatorzy” są eksmitowani, a nieruchomościowi gangsterzy przenoszą swój biznes do innego budynku.

Taki więc obraz przeszłości naszego mieszkania zarysował się w naszych głowach, gdy dowiedzieliśmy się, że prawowici deweloperzy-właściciele nie mieli do niego właściwie przez ostatni 27 lat dostępu i nie mogli go spieniężyć ani poprzez najem, ani sprzedaż. Dlatego prawnie było to mieszkanie z rynku pierwotnego, choć w praktyce oblepione Kubusiem Puchatkiem, grzybem i kurzem.

W kolejnych tygodniach dokonywaliśmy drobnych modyfikacji stanu deweloperskiego (przemalowywanie czerwonych i fioletowych ścian, łatanie dziur, odgrzybianie, wymiana zepsutego bojlera wody na nowy), a z kurzu dyskusji powoli wyłaniał nam się portret Winnego..

Beata i Grzegorz

Jakoś w tych dniach wpadliśmy na schodach na sąsiadkę, Beatę z Polski, która mieszka piętro niżej od ponad 10 lat. Ucieszyła się, że znowu ma nad sufitem Polkę – w naszym mieszkaniu przez 12 lat mieszkało wcześniej polskie małżeństwo, Pedro i (również) Beata. Potem urodziło im się dziecko i wrócili do Polski, jakoś trzy lata temu.

Czyli mieszkanie było wynajmowane? – zapytałam.

Hi, hi, hi.

No, przecież nie stało puste przez 25 lat.

Donośny śmiech Beaty dźwięczał jeszcze kilkakrotnie przy zderzeniach naszego stanu wiedzy z faktycznym.

Pewnie, że mieli umowę. Nikt dzisiaj nie wynajmuje bez umowy.

Czasami jednak śmiech zmieniał się w konspiracyjny, zestresowany szept

My też wynajmujemy. Ostatnio ktoś kupił to mieszkanie z nami w środku. Ale adwokat mówi, że nie mogą nas wyrzucić, bo mamy umowę.

Kto miałby Beatę i jej męża wyrzucić?

Lugacarma. Firma, która sprzedała nam mieszkanie.

To nie jest dobra firma, zaznaczyła Beata.

Roman wyprostował się na zbitkę słów “nie dobra” i “Lugacarma”. W oczach błaganie o zakończenie rozmowy z dziwną sąsiadką, zanim powie coś, co zepsuje nam humor.

Beata mówiła bardzo dużo, jeszcze więcej szeptała, po polsku, pod drzwiami głuchej sąsiadki, ale kto wie – pewnych rzeczy lepiej nie mówić zbyt głośno. Z jej opowieści dowiedzieliśmy się następujących faktow:

  • w latach 90-tych budynek został zbudowany przez firmę (wiadomo)
  • prawie wszystkie mieszkania w tym budynku ciągle należą do firmy i są wynajmowane innym (to ciekawe)
  • Lugacarma jest znana z tego, że próbuje ludzi z mieszkań eksmitować
  • kilka lat temu coś się stało, ktoś umarł, ktoś wyjechał do Ameryki (klasyczne zagranie) i potem się wszystko zepsuło
  • ostatnio Lugacarma kupiła mieszkanie z Beatą z Dołu i to tak, że musieli z mężem wynająć adwokata.
  • wszystkim i tak rządzi Antonio.

– Czy Antonio jest może właścicielem Lugacarmy? – próbuje Roman

Nie, nie. Antonio przyjaźnił się z kimś z Lugacarmy, ale już się nie przyjaźni.

Kim jest Anotnio? Próbujemy: właścicielem? Hmm, raczej nie. Ale tak jakby. A czy Antonio mieszka tutaj? Nie, ale niedaleko. Tak za rogiem. Czy Antonio może nazywa się Chico? Na pewno nie. Antonio nazywa się…tak, ze Beacie akurat wypadło z głowy, a w międzyczasie zrobiło się późno.

Rozeszliśmy się w swoje strony i Beata musiała chyba uznać, że powiedziała nam zbyt dużo, bo gdy zapukaliśmy do niej kilka dni później, wciąż nie mogła sobie przypomnieć nazwiska Antonia, wolała też nie podawać jego numeru telefonu, bo nie jest pewna, czy by sobie tego życzył.

Pani Sąsiadka

Od Beaty z Dołu dostaliśmy jednak cenną informację – nad nami mieszka rodzina, która jako jedyna w tym budynku (oprócz nas) jest właścicielem mieszkania. Są to ludzie, których interesują sprawy lokatorskie, tworzą tu coś w rodzaju samozwańczej administracji i być może będą chcieli z nami porozmawiać, kto wie? może nawet o Antoniu.

Wkrótce Roman zapukał więc do drzwi na najwyższym piętrze i przedstawił się, jako nowy udziałowiec budynku. Sąsiadka, której akurat nie było, zrewizytowała nas kilka godzin później. Była bardzo miła i otwarta, spędziła u nas prawie godzinę i podzieliła się całym mnóstwem informacji – niewiele brakowało, a dostalibyśmy nawet numer Antonia.

Do przekazywania takich informacji nie czuła się jednak uprawniona, ale przekazała nam wiele innych ciekawostek. Otóż do niej i jej męża należy 1/4 budynku (dwa mieszkania na ostatnim piętrze, złączone w jedno), do nas 1/8, kolejna 1/8 do Luisa Chico z Lugacarmy a reszta (czyli połowa) właśnie do Antonia. Historia budynku jest bardzo skomplikowana (pokiwaliśmy głowami), ale żebyśmy się nie martwili, mieszka się tu miło i spokojnie.

Historia tych komplikacji sięga roku 1992, gdy Antonio i ojciec Luisa i Laury Chico robili wspólnie interesy budowlane. Jak dokładnie wyglądała ich współpraca i udział w inwestycji – nie wiadomo, wiemy natomiast, że Lugacarma, którą dzisiaj zarządzają Luis z Laurą już istniała oraz że Chico był w Alicante, a Antonio na miejscu, przez co obowiązki administracyjne i kontakty z lokatorami spadały na tego drugiego. Nie wiemy też, jak dokładnie dzielili się zyskami z budynku, natomiast współpraca ponoć układała się dobrze, a żadne z mieszkań nie zostało sprzedane w pierwszych latach po wybudowaniu.

Jakoś w okolicach 2005 roku, nasza sąsiadka, która wtedy pracowała z Antoniem, została przez niego namówiona do zakupu dwóch mieszkań na ostatnim piętrze budynku. Ponieważ te mieszkania były jeszcze w stanie surowym, musiała dołożyć się do inwestycji, wstawić okna i doprowadzić lokal do stanu mieszkalności. Wspomniała, że warunki zakupu były dość niejasne, Antonio obiecał jej jakieś ulgi, ale ostatecznie straciła na tym finansowo i od tej pory ich kontakty są chłodne. Wiąże się to z wieloma problemami, ponieważ są w tym momencie jedynymi właścicielami mieszkań w tym budynku i jako tacy, powinni tworzyć wspólnotę mieszkaniową, wspólnie dbać o czystośc, dokonywać prac naprawczych, np. gdy pęknie rura albo odpadnie kawałek dachówki. W praktyce Antonio nie dokłada się do kosztów utrzymania budynku – ponoszą je wspólnie lokatorzy, czyli Sąsiadka i osoby wynajmujące inne mieszkania. Tak więc co miesiąc wszyscy zrzucają się po 60 euro na sprzątanie klatki schodowej (a sprząta sama Sąsiadka), poza tym sami wykazują się inicjatywą lokatorską – np. ostatnio mąż Beaty z Dołu odmalował całą klatkę schodową. Antonio, właściciel połowy budynku, do napraw teoretycznie się poczuwa, ale bardzo trudno go złapać i namówić na rozmowę.

Kilka lat po zakupie mieszkania przez Sąsiadkę, Chico Ojciec zmarł i jego interesy odziedziczyły dzieci, czyli Laura i Luis, którzy dziś zarządzają Lugacarmą. Tu w historii pojawia się wiele znaków zapytania – nie wiemy, czyli byli oni jedynymi spadkobiercami, nie wiemy, jakie były ich zamiary (lub wytyczne ojca) w kwestii madryckiej nieruchomości, nie wiemy jak wyglądały na początku ich próby ułożenia współpracy z Antoniem. Według relacji sąsiadki, dzieci Chico nie mogły z nim dojść do porozumienia, więc postanowiły podzielić budynek i samodzielnie zarządzać swoją częścią.

I tu pojawił się problem. Wszystkie mieszkania były wynajęte długoterminowo a umowy najmu podpisywał Antonio. Czynsze były konkurencyjne – nie dochodziły do nich typowe opłaty za czynności administracyjne i konserwatorskie, których po prostu dokonywali najemcy wraz z Sąsiadką; Antonio prawdopodobnie nie odprowadzał też podatków od żadnego z najmów (wiemy, że kwotę inkasował osobiście podczas comiesięcznej rundki po mieszkaniach). Lokatorzy mieszkali tam od wielu lat (np. Beata z Dołu – od ok. 2008 roku), budynek żył i organizował się bezproblemowo, nikomu nie uśmiechało się wyprowadzać. Lugacarma nie mogła więc po prostu przejąć i spieniężyć lokali zamieszkanych na mocy umowy. Prawodopodobnie istniały inne możliwości czerpania korzyści z lokali – np. przejęcie ich i inkasowanie czynszu od lokatorów – ale po pierwsze, nie wiemy, czy Chicowie byli tym zainteresowani, po drugie, Antonio nie zamierzał rezygnować ze swojego zysku. Konflikt się zaostrzał i w pewnym momencie wszedł na ścieżkę prawną. Lugacarmie sąd przydzielił dwa mieszkanie – nasze i wynajmowane przez Beatę z Dołu.

Po nitce do kłębka, rekonstruowaliśmy historię naszego domku. Opowieść Sąsiadki zaczęła zbiegać się ze strzępami informacji od Beaty z Dołu – Lugacarma nie była tą złą firmą, która wykupiła mieszkanie i próbuje pozbyć się lokatorów, tylko prawowitym właścicielem, który upomniał się o swoją część. Mieszkanie, które wynajmowała, było (przynajmniej od momentu rozpoczęcia konfliktu) “okupowane” przez Antonia, który nielegalnie czerpal z niego korzyści finansowe. I to podwójnie nielegalnie – jeszcze w trakcie współpracy z Lugacarmą nie zarejestrował najmu i nie odprowadzał od niego podatku, a po zapadnięciu wyroku przydzielającego lokal Chicom, po prostu dalej uzurpował mieszkanie i pobierał czynsz.

I robi to do tej pory.

Z relacji Sąsiadki wynika, że sytuacja w naszym mieszkaniu była podobna, z tą różnicą, że ostatni lokatorzy wyprowadzili się z niego już jakiś czas temu. Na szczęście dla Lugacarmy, Antonio nie popisał się troską o komfort wynajmujących i odmówił wymiany zepsutego bojlera, sugerując, że za ciepłą wodę powinien płacić ten, kto jej używa. Lokatorzy pospiesznie się wyprowadzili, a Chicowie wykorzystali ten moment, żeby przejąć i zabezpieczyć (przed kolejną akcją okupas ze strony Antonia) opuszczone mieszkanie i wystawić je na sprzedaż. Trafiła do Agencji Nieruchomości Alucha a przez nią do nas – dumnych pierwszych kupców.

Nie poznałam ciągle Antonia, ale wyobrażam go sobie tak:

man wearing blue knit cap
Photo by Obi Onyeador on Unsplash

Winny

Portret Winnego rysował się już wyraźniej, jednak wciąż nie wiedzieliśmy (i nie wiemy do tej pory) kto tak naprawdę powinien byc pociągnięty do odpowiedzialności. Agencja nieruchomości, która była naszym jedynym źródłem informacji (na mocy umowy o jej wyłączności) i która nie zebrała danych o historii budynku? W opinii samej Agencji – nie, bo jej rolą było tylko doprowadzenie stron kontraktu do momentu podpisania umowy, a za informacje przekazane przez właścicieli, agencje nieruchomości nie odpowiadają. Lugacarma, za nieprzekazanie Agencji (a przez to również kupcom) pełnych informacji o statusie budynku? Na pewno, ale pojawia się pytanie, jak rozumieć pominięcie tej informacji. Biorąc pod uwagę, że kupujący mieszkanie szacują jego ostateczną cenę (cena nieruchomości+koszty związane z kredytem i notariuszem+prowizja do agencji nieruchomości+podatek), to niepodanie informacji, które wpływają na wysokość tego ostatniego może być traktowane jako wprowadzanie kupującego w błąd, bo ma on wrażenie (do ostatniej chwili), że kupuje dany produkt taniej. Lugacarma zaprzeczyła jednak, jakoby miała takie intencje, argumentując, że podatek od zakupu nieruchomości na rynku wtórnym i pierwotnym jest w Alicante, gdzie prowadzą biznes, jednakowy – 10%. Niepodanie tej informacji przypisać można niekompetencji i niewiedzy na temat podatków w Madrycie, ale, jak utrzymuje firma – nie złym intencjom. W każdym razie, gdyby iść tym tropem, jakość i uczciwość transakcji, zarówno ze strony Agencji Nieruchomości jak i Lugacarmy można by zakwestionować na drodze skargi do Urzędu Ochrony Praw Konsumenckich. Sprzedający produt/usługi nie dopilnował obowiązku udzielenia kupującemu wyczerpujących informacji, które wpłynęły na ostateczny kształt transakcji. Jest to jedno z możliwych ujęć zaistniałej sytuacji.

Ja jednak jestem strasznie wkurzona i to nie z pozycji niedoinformowanego konsumenta, tylko obywatelki Unii Europejskiej, mieszkającej w kraju, który jest jej częścią i w którym obowiązują pewne prawa. Jestem zła, że w tym kraju dwóch facetów stawia sobie mieszkania, które potem przez lata wynajmuje bez rejestracji i odprowadzania podatku (bo choć Lugacarma twierdzi, że w rejestrach nie ma śladu po historii wynajmu, bo przez uzurpację Antonia nie mieli do budynku dostępu, to przecież konflikt rozpoczął się ok. 2012 roku, a lokale stały od 1991 i były użytkowane już dużo wcześniej, więc Chico Ojciec przez te ok. 20 lat jakiś zysk chyba z nich czerpał). No i oczywiście jestem bardzo wkurzona, że po tych wynajmach nie ma śladu w dokumentach, co zablokowało nam możliwość zniesienia podatku (bo mając dowód na min. 2-letni okres wynajmowania mieszkania, zapłacilbyśmy zwykłe 6%), są za to liczne ślady na ścianach, blacie kuchennym, podlodze i wyposażeniu łazienki.

Jestem też bardzo wkurzona, że nie można za bardzo o tym mówić, a jeden z głównych winowajców tego stanu – Antonio – wydaje się nieosiągalny. Beata z Dołu, płacąca mu czynsz na czarno od 10 lat odmówiła podania jego numeru telefonu. Chyba przestraszyła się też, że za dużo nam powiedziała, bo gdy poprosiliśmy ją o kontakt do prawnika, z którego pomocy korzysta, żeby pozostać w mieszkaniu (chcieliśmy sami się do niego zwrócić o pomoc w uzyskaniu jakiegoś odszkodowania za ten podatek – w końcu zna już sprawę tego budynku), odmówiła. Sąsiadka z góry, razem z nami tworzy tę nieformalną wspólnotę właścicieli, w której Antonio ma połowę udziałów, również nie chciała podać jego numeru. Nie wiadomo, czy Antonio by sobie tego życzył, Antonio to trudny człowiek, z Antoniem lepiej nie robić problemów.

Zarówno z Antoniem, jak i z obecnymi przedstawicielami Lugacarmy (którzy może nie czerpali po śmierci ojca zysku z tego budynku, ale na pewno zdawali sobie sprawę z drobnych przekrętów, które się w nim działy) bardzo chciałabym porozmawiać, ale póki co na przeszkodzie stoją mój poziom hiszpańskiego i niechęć Romana do “robienia problemów z człowiekiem, do którego należy połowa budynku” ( a właściwie 1,5 – do Antonia należy też lokal obok, który wynajmuje warsztatowi samochodowemu).

Na pewno jednak nie zostawię tej sprawy, bo uważam, że należy nam się zwrot przynajmniej części niesprawiedliwie nałożonego podatku, a Antoniom i Carlosom Biznesu jakaś nauczka. Póki co, złożyliśmy skargę do Urzędu Ochrony Praw Konsumenckich (odpowiedź, która niczego nie rozwiązuje, otrzymaliśmy przedwczoraj), a ja przeprowadziłam małe śledztwo i udało mi się znaleźć lokatora, który wynajmował nasze mieszkanie na mocy umowy z Antoniem w latach 2004-2016.

A o tym, jak go szukałam i co wynikło z naszej rozmowy – kiedy indziej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.