Korportunizm

Co to jest korportunizm

Korportunizm to słowo, które wymyśliłam gdy podczas kolejnego zjadającego mój czas bezsensownego korpo calla w pisałam na backstage’u tego bloga.

Tak jak tysiące innych millenialsów, jestem korportunistką. Sprzedaję swój czas i młodzieńcze ideały za bezpieczeństwo finansowe i poczucie stabilności w opartej na kapitalistycznych regułach gospodarce.

Mam natomiast to szczęście, że mogę trzymać korporację na dystans – firma pozwala pracować z domu, nie obowiązuje mnie na co dzień korporacyjny dress code, praca online chroni mnie też przed przyswajaniem szkodliwej ilości substancji mózgopiorących. Maile o tym, że jesteśmy tacy wspaniali, rośniemy i musimy każdego dnia pracować ciężej i z większym entuzjazmem, mogę czytać z ironicznym uśmieszkiem znad kubka domowej kawy. Nie muszę chodzić na firmowe imprezy i pozować w stroju supermana.

Nie zawsze jednak miałam takie szczęście i kilka lat temu spędziłam kilka miesięcy w warszawskim Mordorze i innych korpowioskach. Musiałam chodzić na poranne stand-upy, słuchać na żywo szkoleń o zarządzaniu zajebistością i prowadzić kuchenne small talki. Nierzadko moje wnętrzności buntowały się tak, że nie byłam w stanie skupić się na faktycznej pracy.

Korportuniści to bardzo duży i różnorodny gatunek. Są wśród nich zarówno niespełnieni humaniści, którzy chcieli uczyć, pisać książki i artykuły, robić doktoraty lub angażować się społecznie ale rynek ich nie chciał, albo nie dał się wyżywić. Są różnej maści artyści przekwalifikowani na grafików, specjalistów od komunikacji wizualnej i projektantów opakowań, którzy po 8 godzinach pracy lecą wcale nie do Galerii Mokotów czy na siłownię, ale oglądać wystawy, słuchać debat by zachować trochę kontaktu ze swoją dawną tożsamością. Są biolodzy, matematycy, chemicy, statystycy i inni specjaliści nauk ścisłych, którzy nie znaleźli godnie płatnej pracy w publicznych instytucjach. Być może chcieli chronić środowisko i zwierzęta, a teraz doradzają firmom jak zrobić swoje, obchodząc rządowe regulacje. Są wreszcie psychologowie, socjologowie, ekonomiści i inni przedstawiciele nauk społecznych i politycznych, którzy nie mieli na siebie lepszego pomysłu (albo go nie zrealizowali), a których otwarte umysły i miękkie umiejętności zawsze się w korpo przydadzą, np. do profesjonalnego uspokajania klienta. Spotkałam dziewczynę, która prawie skończyła doktorat z polonistyki, ale stwierdziła, że chce wieść życie wolne od finansowych stresów i zamieniła niepewną ścieżkę akademicką na przewidywalne schodki korporozwoju.

Myślę i wiem po sobie, że tacy korportuniści mogą być bardzo dobrymi pracownikami. Praca z danymi czy z nowymi technologiami, to nie tylko wypełnianie tabelek, ale też ogarnianie dość skomplikowanych procesów, w którym przydadzą się umiejętności nabyte na humanistycznych, społecznych i artystycznych studiach – krytyczne i abstrakcyjne myślenie, synteza informacji, wiedza o tym, jak zachowują się ludzie. Niejeden filozof i lingwista chętnie podejmą dobrze płatną i stabilną pracę, która pozwala na uruchomienie mózgu i zastosowanie go do wyzwań logicznych, analitycznych, czy organizacyjnych. Nie mogę sobie jednak wyobrazić, że te same osoby zatrudnione ze względu na swoją inteligencję i umiejętność myślenia “out of the box” zinternalizują korpokulturę i dadzą się wtłoczyć w słodką narrację o dążeniu do gwiazd przez nadgodziny.

Marzy mi się, żeby spin doktorzy od korpo indentyfikacji, talentów, wewnętrznego PR-u i tak dalej zrozumieli wreszcie, że tak jak przymus i mobbing nie zmotywują nikogo do efektywnej pracy, tak samo pranie mózgu nie stworzy z myślącego człowieka lojalnej korpo owcy. Już nasze pokolenie ma świetnie działający bullshit alert i nie wierzę, że kolejne generacje wychowane we względnym dobrobycie i z dostępem do narzędzi krytycznego myślenia da sobie wpajać kocopały o autocżelendżowaniu i overperformingu. Nie dadzą. Będą dłubać w oku środkowym palcem, wymiotować do niszczarek, ścierać sobie szkliwo długopisem z logo klienta i będą wykonywać swoją nudną pracę, śmiejąc się za plecami z usilnych prób nadania jej wyższego wymiaru. A mogliby po prostu ją porządnie wykonywać, nie tracąc sił na odpędzanie się od natrętnej propagandy.

Korporacja ogarnia swoim zasięgiem coraz to szersze sfery naszego życia. Już nie tylko nas utrzymuje, ale też leczy, trenuje, rozdaje bony na zakupy i do kina, zapewnia rozrywkę, karmi płatkami śniadaniowymi i kartą lunchową, teraz jeszcze dopłaca nam do pracowniczych planów kapitałowych. Czym większa firma, tym bardziej pełni rolę państwa.

Pytanie, które firmy podążą za wzrorem autorytarnym i nachalnie propagandowym, a które pozwolą pracownikom zachować swoją tożsamość i po prostu wykonywać pracę, niekoniecznie śpiewając na jej cześć hymny.

komentarzy 5

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.