Kura domowa,  Życie w Madrycie

6 rzeczy, które zrobiły mi uczennice na lekcjach online (i trzy, które ja zrobiłam im)

Razem 9.

Życie początkującej nauczycielki nie jest łatwe, zwłaszcza gdy przypada na okres wariackiej transformacji do online’ów na których wszystko wymyka się spod kontroli.

Nauczycielka była ze mnie żadna, dopóki nie zaczęłam uczyć. W polskiej szkole sobotniej w Hiszpanii, co prawda tylko raz w tygodniu, ale za to 3,5-godzinne kombo historyczno-geograficzno-językowe. Po miesiącu, gdy zaczynałam już odnajdywać się w nowej roli i nabierać pewności, że nie marnuję cennego, sobotniego czasu moich dziesięcio- i jedenastolatek, wszystko stanęło na głowie i przeniosło się do internetu.

Stanęłam przed wyborem – wysyłać czytanki i ćwiczenia gramatyczne i zadawać wypracowania które trafią na samo dno priorytetów zawalonych e-szkołą dzieci i rodziców (niektóre nauczycielki poszły w tę stronę) czy położyć nacisk na kontakt z klasą i klasy samej ze sobą, niemożliwy do zrealizowania inaczej, niż przez regularne spotkania online.

A niemożliwy, bo większośc uczennic (klasa jest w 100% dziewczyńska) nie ma swoich telefonów komórkowych, ani nawet maili. Jeszcze w epoce offline były przez to problemy, bo zawsze którejś na lekcji nie było, więc o pracy domowej informowałam na Whatsappowej grupie ich rodziców. “Mama nic mi nie przekazała”, brzmiała, jak wtedy myślałam, standardowa wymówka. Dziś mam ochotę odpowiedzieć “wierzę, bo mi od miesiąca nic nie odpisała!”. Słowem, nie mam z uczniami bezpośredniego kontaktu, a ten z ich rodzicami najcześciej idzie opornie i czuję, że jest sukces, gdy na moją wiadomośc do chociaż dwie z dziesięciu osób odpiszą “ok”, albo nawet- 👍.

Okazało się jednak, że wiadomości mamy czytają bo co tydzień na lekcję polskohistoriogeografii podłączał się komplet uczennic (choć w miarę znoszenia kolejnych restrykcji covidowych, głód edukacji nieco się zmniejszył). Przez trzy miesiące prowadzenia 3,5-godzinnych (oh yes) lekcji testowałyśmy też różne aplikacje – taką, która wyrzucała nas po 40 minutach i po której dwa dni później wyświetlał mi się smutny komunikat, że mój system został objęty właśnie 24-h kwarantanną; taką która miała wpuszczać do 25 osób, ale wpuszczała tylko 10, więc przez pierwszą połowę do klasy dobijało się jedno dziecko, by dołączyć do niej w czasie przerwy, gdy nieopatrznie wylogowało się inne, które już potem nie weszło; wreszcie taką, która wszystko robiła w miarę ok, oczywiście – płatną.

A oto, co działo się na lekcjach:

1. Profesora, profesoraaa! czyli zgubne skutki liberalnego podejścia

Nie jestem zwoleniczką bezwzględnego wyciszania uczestniczek, raczej uprzejmie je o to proszę, gdy prezentuję albo puszczam jakieś słuchanko. To, co bywało upierdliwe w klasie (profesora, muszę do łazienki! profesora, kiedy przerwa! albo niezliczone “dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry” spóźnionych) na lekcji online stało się prawdziwym testem mojej zupełnie nieświętej cierpliwości. Której i tak miałam dużo więcej, niż pan z filmiku (na oko lekki socjopata):


2. Profesora nie wchodzi na lekcję

Mojemu komputerowi zdarza się wyzionąć ducha nagle i niespodziewanie. W jednej chwili prezentuję, w drugiej widzę ciemność i klasa jest pozostawiona samej sobie. Po włączeniu i ponownej próbie dołączenia do lekcji okazuje się, że nie mogę na nią wejść, bo prośbe o dołączenie musi zaakceptować któryś z uczestników. Z defaultu bowiem podłączam się moim zwyczajowym gmail-em a prawa administratora mam na innym koncie, które konfigurowałam wczoraj, jakie było do niego hasło? Szukam i głowię się, podczas gdy moja prośba o zaakceptowanie jako uczestnika lekcji wisi nierozpatrzona, bo uczennice zajęte są czymś innym.

3. Równoległe życie na czacie

Gdy akurat jestem na lekcji i próbuję ją prowadzić, co jakiś czas wyskakują mi okienka z dramatycznymi wiadomościami (ale jak to, nie masz tik-toka??, a na telefonie mamy? o której miała być ta przerwa? ) oczywiście po hiszpańsku, bo przecież “profesora” jeszcze w lutym nic w tym języku nie kumała. Ha! 😉 Czasami też konwersacja schodzi na tematy, które zmuszają mnie do wygrzebania się spod stosu share’owanych ekranów i zwrócenie uwagi, że nie do końca dozwolone są

4. Zwierzęta na lekcji

Naprawdę, staram się być spoko nauczycielką i od początku lockdown’u były już dwie lekcje o karmieniu, pojeniu i wyprowadzaniu na szelkach królików i chomików. W końcu są częścią życia uczennic, ale też, siłą rzeczy, stałym wyposażeniem naszej wirtualnie połączonej klasy. Nie ma lekcji na której ktoś nie spostrzegłby, że królik za plecami Ewy opuścił klatkę i żre zasłonę, albo kot słodko się wygina i absolutnie wszyscy są za tym, żeby znalazł się bliżej kamerki.

brown and black yorkshire terrier on black computer keyboard
photo by Andy Orin on Unsplash

5. Maskotki przed kamerą

Gdy prezentuję coś o gramatyce albo historii, zajęta przeskakiwaniem między powerpointem, youtubem i platformami edukacyjnymi, a na czacie jest cicho, to duża szansa, że dziewczyny po prostu sobie poszły. Oczywiście nie tak bezczelnie, tylko zostawiając przed kamerą jakieś zastępstwo – pluszowego jednorożca, czy pandę. Żeby nie było.

6. Tajemniczy wrzeszczący uczestnik

Mój absolutny faworyt!

Połowa uczennic ma swoje maile, a reszta loguje się z kont mamy, taty lub starszego rodzeństwa. Trochę czasu zajęło mi nauczenie się, że Mirosław to Dominika, za zosiamadryt3232 kryje się Sylwia, a Carlos Sanchez Fernandez-Hernandez oznacza po prostu Barbarę. Nauka szła w las, bo po tygodniu dziewczyny logowaly się już z innych kont.

Pewnej soboty na lekcję co 15 minut włączała się osoba, której loginu nie mogłam zidentyfikować, ale to nic niezwykłego. Tak samo jak wpadanie i wypadanie z lekcji, robią to wszyscy, ponoć z powodów technicznych.

Jednak ta osoba wchodziła na lekcję tylko po to, by z całej siły drzeć się do mikrofonu. Głosem jak z horroru o egzorcyzmowanym dziecku. Zanim zdążyłam znaleźć guzik wyciszenia tego online’owego potwora, już go (jej) nie było.

A za kwadrans to samo.

Dziewczyny też były poruszone.

ojej…co się stało?

kto to był?

cóż, przynajmniej jedna z nich musiała wiedzieć.

Whats Up Scary GIF - WhatsUp Scary ScaryMovie - Descubre ...

7. Wylogowanie się z lekcji podczas tłumaczenia czasownika “wylogować się”

Tak, naprawdę to zrobiłam.

Znaczenie słów najlepiej tłumaczyć w praktyce i w kontekście, a lekcje online sprzyjają wyjaśnianiu tych dotyczących nowych technologii. Pod warunkiem, że jest to zestaw “wytnij/wklej”, “zapisz/usuń”, a nie “wyloguj/zaloguj”. W moim przypadku dobitnie wytłumaczyłam znaczenie wylogowania się z gmaila i minęła dobra minuta zanim się zorientowałam i zalogowałyśmy się ponownie, ja i resztki mojego autorytetu.

8. Ubranie chłopaka w strój królika, żeby zrobić śmieszną lekcję wielkanocną

To miało być takie śmieszne. Roman w króliczej piżamie, śpiewający, tańczący, skaczący, przewracający się i wykonujący dużo innych czynności na których dziewczynki mogły poćwiczyć użycie czasu przeszłego i trybu rozkazującego w klimacie wielkanocnym. Poza tym, czy 30-letni facet z wąsami w króliczym stroju nie jest prześmieszny?

Jezu, no byłam pewna, że strasznie. Z błędu wyprowadziły mnie uniesione brwi i pojedyńcze, uprzejme uśmiechy 11- i 12-latek. A w myślach już słyszałam mamo, był u nas dzisiaj na lekcji taki bardzo dziwny pan…

Majka Jeżowska nakurwia na Dzień Matki

Taka wspaniała okazja by pokazać dziewczynom, jak wszystkie dzieci znają i śpiewają “A ja wolę moja mamę”, czy to w klasie, czy w pogo na Pol’n’ Rock. Kto mógłby się spodziewać że podczas koncertu na Pol’n’Rock, między złotym okiem misia a Kingą co spotkała Wikinga, Majka Jeżowska rzuci “nakurwiamy dobrze, nie?!“? Na pewno nie nauczycielka, która obejrzała prawie cały filmik. Majka z dumą dodała “powiedziałam to, powiedziałam”. Tak, powiedziała, i pewnie drżałabym o swoją karierę (młode duszyczki jakoś sobie poradzą) gdybym nie wiedziała, że w ostatnich minutach lekcji nikt już niczego nie słucha.

Majka nakurwia w 4.21

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.